środa, 24 lutego 2016

Od Thomson'a- CD opowiadania Meredith

–Gdzie idziemy?– zapytała Mere, kierując wzrok w stronę Thomsona. Pies jedynie uśmiechnął się tajemniczo. Zaczął prowadzić sukę do swojego domku. W progu zatrzymał się i rozejrzał wokół.
–No siostrzyczko!– zawołał i uśmiechnął się, podchodząc do leżącej Michelle. –Pokazuj no dzieciaczki!– powiedział, lekko przytulając Mich. Ta słabo się uśmiechnęła i pokazała leżące szczeniaki.
–Heroine jest podobna do Ciebie– zaśmiała się, wskazując małą kulkę Husky. Tom pogłaskał delikatnie główke suni. –Arya– powiedziała wskazując drugą sunię. –I Amigo– pokzazała pieska.
–O chłopie! Wyrośniesz duży– zaśmiał się i podniósł go.
–Uważaj– powiedziała Mere, delikatnie 'przejmując' pieska z łap Toma. –A co z Niklausem?
–Wyszedł na polowanie– westchnęła Mich, powoli wstając. –Siadajcie

Mere?

Od Gracy- CD opowiadania Bitter Sweet'a

-Teraz widać prawdziwe oblicze wojny- westchnęła Gracy, wstając i przejechała łapą, po innym nagrobku. -Zmienia tak dużo w innych- powiedziała, zatrzymując się przy jednym z nich. Na marmurze wydrapane było imię „Diamond”.
–Był to mój wujek. Poległ w poprzedniej wojnie– powiedziała Grey, cały czas wpatrzona w nagrobek. Chciała jakoś przerwać ciszę i rozpocząć rozmowę tym faktem.
–Nie wiedziałem, że to twój wujek– Bitter zdawał się złapać intęcje wypowiedzianego przez suke zdania, bynajmniej tak wydawało się Grey.
–I tak byś go nie rozpoznał. Był dogiem niemieckim– wytłumaczyła, po czym ruszyła dalej, nadal łapą wodząc po nagrobkach. Ostatnimi czasy dużo nowych grobów tu zawitało. I pomyśleć, że przed świętami, pod czas których wszystko szło jak z płatka, było spokojnie. A teraz wszyscy siedzą zamknięci w swoich jaskiniach i nie raczął z nikim rozmawiać. Grey sama znała to uczucie. W ostatnich dniach wiele bliskich jej sercu odeszło lub umarło. Zostali jedynie Ares, Honey i Oli, o którym zupełnie wcześniej zapomniała. Niby był jej bratem i to z jednego miotu, jednak nie spędzała z nim w ogóle czasu i nie związała się z nim. Jedynymi psami w jej rodzinie, które darzyła czystą miłością, były Aurora i Ares. Resztę wiązały z nią tylko geny. Zostali jeszcze Stanley i Bitter Sweet. Uważała ich za przyjaciół, czy jednak oni to samo myśleli o niej?
–Bitter?– skierowała pysk z poważnym spojrzeniem na Owczarka. –My... Jesteśmy przyjaciółmi?

Sweet?

Od Wezy- CD opowiadania Nesty

Weza warknął cicho, kierując łeb w dół i zaciskając mocno powieki.
–Nie rób tak– powiedział lekko zduszonym głosem. –Proszę– otworzył ślepia i spojrzał na Nesty. Suka uniosła 'brwi' do góry, ostrożnie podnosząc łeb.
–Nie podsłuchuj nas– powiedział. –Wolę wiedzieć, że jeszcze żyjesz– westchnął. Na chwilę zapadła niezręczna cisza.
–Co z Charlie?– zapytała słabo Nes, patrząc na Alanę. Collie wymieniła z nią spojrzenie.
–Zaraz weźmiemy ją na głębsze badania– powiedziała Ana. Nesty położyła głowę na łapach i cicho westchnęła. Zamknęła powieki, na co Weza lekko się przestraszył i usiadł obok niej.
–Nesy?– szepną, czekając na jej reakcje. Ta lekko uchyliła powieki i skierowała na niego oczy. –Kocham Cię– znów szepnął, po czym delikatnie ją pocałował.

Nesty?

Od Mey– CD opowiadania Codie

Po dłuższej rozmowie, Mey położyła łeb jednak nadal miała nastawione uszy.
-Dobranoc- usłyszała szept Codie'go, na co lekko się uśmiechnęła i odpowiedziała to samo.
* * *
-Mey- usłyszała poddenerwowany głos Codie'go i kolejne szturchnięcie. Suka podniosła łeb i zatrzepotała powiekami, by złapać obraz.
-Tak?- zapytała jakby nie przytomna i skierowała wzrok w stronę, którą wskazywała łapa Cod'a.
-Szczeniaki chyba chcą jeść- uśmiechnął się słabo, po czym podszedł do trzech szczeniaków. Mey pokiwała łbem i również podeszła do Ciel'a, Renee i Lillianny.
-Dzisiaj może odwiedzimy Weze?- spytała Mey, gdy już szczeniaki zostały nakarmione i spokojnie bawiły się miedzy sobą. -Słyszałam, że z Nesty coraz gorzej- westchnęła, po czym poczuła ciepły dotyk na swoim barku.
-Jasne- Codie uśmiechnął się, co trochę podniosło na duchu Mey. -Dzieci. Idziemy do wujka Wezy i cioci Nesty- powiedział, na co wszystkie trzy szczeniaki były już u jego boku. Mey również się uśmiechnęła i rozejrzała się po jaskini, czy przypadkiem nic nie zostało w niepotrzebnym miejscu.
-Możemy iść- powiedziała po chwili.

Codie?

Od Lassi CD opowiadania Sweet Bitter'a

Biegłam truchtem przez las, gdy nagle usłyszałam czyjś jęk: - Chol**a jasna!
Obejrzałam się w tym kierunku i podbiegłam do czyjegoś domu. Zapytałam: - Ejjj, jest tu kto?
- No jest! To ty jesteś tym dowcipnisiem?!
- Że co?
- Dobrze wiesz co! Nie udawaj! - dochodził jakiś głos z głębi
- Że jak?! - Powtórzyłam pytanie. Po chwili wyszedł jakiś pies, był on w niektórych miejscach ostrzyżony do skóry w różne wzorki. Powiedział poddenerwowany i trochę zażenowany: - Kto ty?
- Ja...Jestem nowa, Lassie. Co ci się stało?
- Czyli nie ty mi to zrobiłaś...- powiedział bardziej do siebie - No widać chyba. Ktoś mi kurde takie niby zabawne wzorki zrobił, myślałem że ty. W ogóle to jestem Sweet Better.
- No mogę Ci pomóc poszukać tego dowcipnisia, jak chcesz.
- Nie wiem, jak chcesz.
- Teraz chcesz szukać?
- Ehm...Najlepiej natychmiast.
- No to chodź, prosz - I poszliśmy szukać tego kogoś...Albo czegoś...

Sweet?

Nowa suka!

Imię: Anabeth
Ksywka: Beth, Bethy
Głos: Lauren Aquilina
Rasa: Border Collie
Wiek: 3,5 lat
Płeć: Suczka
Stanowisko: Piosenkarka
Rodzina: Ojciec gdzieś jest...Ale Beth nie pamięta go, ani gdzie jest...
Partner: Szuka...
Charakter: Anabeth jest obojętne czy mówisz na nią jej pełnym imieniem czy zdrobniale. Płynie w niej królewska krew, jednak jest też waleczna i odważna. Potrafi zawalczyć o coś i lubi się wtrącać w słowa. Jest wykrywaczem kłamstw i nie lubi kiedy ktoś kłamie, oszukuje lub naciąga prawdę. Jest ciekawska świata i wygadana. Zawsze mówi prawdę i jest otwarta na nowe znajomości.
Historia: Od razu po urodzeniu, ojciec Anabeth chciał ją porzucić, ale gdy jej dobra matka staneła w obronie córki, rzucił się na nią, wgryzł kły w kark i rozszarpał, czym doprowadził do śmierci Alfy. Bethy była wtedy młodą córką pary Alfa. Uciekła, czym uratowała sobie życie i została pozostawiona samej sobie, na pastwę losu. Wędrowała prawie cztery lata, bywała w wielu sforach aż dołączyła do tej sfory.
Upomnienia: 0/4
Kontakt: Asha999999

Od Avalon- CD opowiadania Stanley'a

Spojrzałam na Stanley'a, lekko przekrzywiając łeb.
- Tak - powiedziała wprost i skinęłam łbem - Gdyby było inaczej, raczej nie spędzałabym z Tobą czasu - zaśmiała się cicho, spuszczając głowę.
- Wolałem się upewnić - mruknął Stan, a po jego pysku przebiegł cień uśmiechu. Również lekko się uśmiechnęłam i machnęłam ogonem.
- Chodź - machnęłam łbem w geście, by za mną szedł. Pies skinął i dorównał mi kroku. Słońce akurat niedawno wstało, więc to była idealna pora na ranny spacerek.
- Um, gdzie idziemy? - wtrącił po dłuższej chwili Stanley, kierując wzrok w moją stronę.
- Nie wiem - mój wzrok również powędrował na niego - Ale pomyślałam, że byłoby fajnie się przejść - wzruszyłam ramionami, a kąciki moich ust lekko uniosły się w górę.
- To może Lawendowe Pole? - zapytał, podnosząc łbem i kierując go przed siebie.
- Okej - pokiwałam głową, wracając do kamiennej twarzy, po czym dorównałam kroku Stanley'owi, który szybko poszedł na przód - Stanley? - zapytałam szybko. To, że ja go lubię, wcale nie oznacza, że on musi lubić mnie. Lepiej byłoby się upewnić.
- Hmm? - zwolnił i skierował łeb w moją stronę.
- A Ty... Lubisz mnie? - chrząknęłam cicho.

Stanley?

Nowa suczka!

http://animaliaz-life.com/data_images/collie/collie3.jpgImię: Lassie
Ksywka: Brak
Głos: Katy Perry
Rasa: Owczarek Szkocki
Wiek: 3 lata
Płeć: Suczka
Stanowisko: Tropiąca
Rodzina: Nie pamięta...
Partner:
Szuka...
Charakter: Lassie jest miła, serdeczna i niezwykle inteligentna. Wierna i dobra. Pomoże Ci zawsze i wszędzie. Jest uczciwa i prawdomówna. Ona jest skromna i pewna siebie, chętnie się zaprzyjaźnia oraz przebacza wszystkim. Potrafi być poważna jeśli sytuacja tego wymaga, ale często robi szalone rzeczy. Uwielbia wyzwania i lubi próbować zrobić rzeczy niemożliwe, graniczące z cudem... Jest bardzo wytrwała i uparcie dąży do celu. Nie łatwo ją zbić z tropu.
Historia: Nie opowiada często... [Uzupełnij]
Upomnienia: 0/4
Kontakt: Asha999999 - Howrse
Inne Zdjęcia: 1 2

Michelle jest w ciąży!



Matka: Michelle
Ojciec: Niklaus
Ilość szczeniaków: 3 (2 suczki 1 pies)
Data zajścia w ciążę: 24.02.2016r.
Data porodu: 1.03.2016r. 
Lekarz prowadzący : Honey

wtorek, 23 lutego 2016

Od Colin'a - CD opowiadania Melisy

Chichotałem w najlepsze, wspominając zażenowaną minę suczki. Pomyślałem, że mógłbym ją trochę pośledzić. Poszedłem więc za nią. Dreptała sobie piaszczystą drogą. Zaszedłem ją od tyłu i nagle trąciłem łapą. Wydała z siebie pisk i odskoczyła machając łapami na prawo i lewo.
- Hahahaha - złapałem się za brzuch ze śmiechu.
- Bardzo śmieszne - obraziła się i zaczęła odchodzić. Dżentelmen pobiegł by za nią...  Ale ja usiadłem i zacząłem przyglądać się niebu.

Melisa? Sorki że krótkie

Layla odchodzi!


http://25.media.tumblr.com/f674b33466a9fa717038f96dcc8b3553/tumblr_n2cbdr3OFz1qg6cnbo2_500.png
Imię : Layla
Ksywka : Lay , La
Głos : Kasia Popowska
Rasa : Border Collie Red Merle
Wiek : 7 lat .
Płeć : Suczka
Stanowisko : Sprinterka
Rodzina : Każdy gdzieś ją ma … Layla jest wyjątkiem . No bo jak nazwać ojca i matkę którzy podrzucają swoje dziecko innym psom ?
Partner : Jej partner jest bardzo dobry w chowanego , bo jeszcze go nie znalazła .
Charakter : Charakter to ona ma różny , najlepiej zacząć od tego że na pozór wydaje się być oschła i wredna . Później natomiast pokazuje się z innej strony – miłej i beztroskiej marzycielki . Dopiero kiedy między nią a innym psem pojawi się iskierka przyjaźni ujawnia swoją przyjacielskość i uczynność . Jest suczką potrzebującą miłości bardziej niż powietrza , więc pewnie sobie kogoś znajdzie i do cech obecnych dołączy romantyczna dusza .
Historia : Miała wrednych rodziców .. którzy ją porzucili . A dokładniej podrzucili innym psom . Layla nigdy nie była kochana . Psy u których była po krótkim czasie zwykle ją wyrzucały . Jej największym pragnieniem jest posiadać kochającą rodzinę , pewnie ze względu na jej smutne życie do tej pory … Teraz ma ona nowe życie i nowe drzwi do otwarcia w sforze psiego uśmiechu .
Upomnienia : 0 .
Kontakt : Julia.23042003 | JuliaBugdol@interia.pl

* Powód *
Potrącenie przez samochód

środa, 17 lutego 2016

Od Bitter Sweet'a- CD opowiadania Locked'a

Bitter wstał dzisiaj nieco później, niż zazwyczaj. Złapał się za szyję, czując, że ma potwornie sucho w gardle. Ból głowy całkowicie go przeszył; nie był w stanie tak normalnie funkcjonować. Zeskoczył z łóżka, uderzając się przy tym w tylną łapę. Nie miał pojęcia, dlaczego jest taki otumaniony, ale nie miał najmniejszej ochoty na zdobycie takiej wiedzy. Szedł tylko powolnie w stronę Zielonego, a raczej teraźniejszego Białego Zagajnika. Cały czas błąkał się po tych samych terenach, krążąc w kółko. Nie potrafił niczego zrobić dobrze, a cały pysk pulsował potężnym bólem. Podniósł wysoko łeb, obserwując, jak czarne sylwetki siadają leniwie na wysokich sosnach, wydając przy tej czynności okropne, głośne wrzaski. Podniósł kilka szyszek, które leżały nieopodal i wetknął je w wielkie, obrośnięte sierścią uszy.. Zaraz, zaraz. Te uszy wcale nie były obrośnięte sierścią, tak, jak powinny. Wtem Bitter poczuł, jak opuszki jego łap przejeżdżają po nagiej skórze. Podbiegł szybko do najbliższego zbiornika wodnego, na którym lód powoli się kruszył. Łapą odłamał niewielki fragment i poczekał, aż każda obręcz zniknie. Widział siebie, tylko w nieco innej odmianie. W odmianie bez długiej, lśniącej sierści, która była zamieniona na wycięte z niej wzorki, które nawet nie przypominały dziecięcych bohomazów.
- Cholera. - warknął, unosząc kąciki warg.
Nie miał pojęcia, co się stało, dlatego też wrócił do własnej jaskini, by lepiej przyjrzeć się wzorom na ciele, które zostały pozbawione sierści. Stanął tuż przed ogromnym odłamkiem szkła, który miał imitować lustro. Łapą przejechał po miejscach, w których nie ujrzał futra. Rozejrzał się nerwowo po mieszkaniu, szukając jakiegokolwiek punktu zaczepienia. Jego wzrok utkwił w białej osłonce, na której lśnił bladożółty krem. Sweet wiedział, co się stało - został celowo oskubany z sierści, niczym pierdo*ona kura.

Locked? XD

Od Elaine- CD opowiadania Locked'a

 - Pójdziemy razem, Locked. - stwierdziłam, przybierając spokojniejszy ton.
Wybiegłam naprzód, co raz nawołując psa, by kroczył za mną. Szedł o wiele wolniej niż ja, bo miał do dyspozycji tylko jedną łapę. Właśnie ta łapa mogła zadecydować o jego życiu, o tym, co zaraz się stanie.. Wpadłam na lepszy, moim zdaniem, pomysł. Przystanęłam na chwilę, żeby Lock miał czas na reakcję i poczynił to samo. Gestem kazałam mu zostać, a sama pobiegłam do Centrum, mijając przy tym kilka spacerujących psów, o mało ich nie przewracając. Zimny wiatr ciągle był skierowany w moją stronę, a z moich oczu zaczęły już lecieć łzy. Za chwilę zauważyłam jaskinię Alf, a wokół niej stało kilkanaście innych wpadłam do pierwszej lepszej, w której zastałam śnieżnobiałą suczkę.
- Honey jest tam. - wskazała łapą przeciwny kierunek, zbierając z podłogi zwitki włóczki.
Przetarłam łapą oczy i ruszyłam w kierunku wskazanym przez sukę. Już przy jej progu stała niebieskooka Husky, grzebiąca w śniegu. Skróciłam jej całą zaistniałą sytuację, żeby nie przedłużać cierpień Locked'a i pobiegłyśmy do niego razem, trzymając w łapach dwie, czerwone apteczki.
 - Dobrze, że jesteś.. - wymamrotał i spojrzał na Honey - cie.
Suczka od razu założyła mu opaskę uciskową, spoglądając co jakiś czas, czy na pewno gdzieś się nie zawieruszyłam. Wzięłyśmy psa na barki i zaniosłyśmy wspólnie do jej jaskini.
 - Jak masz na imię? - zapytała, przystając na chwilę tuż przed wejściem.
Byłam zaskoczona, że zadaje mi takie pytanie, kiedy ktoś praktycznie umiera.
- Ela. - wydusił pies, przewracając się na drugi bok.
- .. ine. - dokończyłam i wzniosłam pysk, kierując swój wzrok na Hon.
- Elaine - zaczęła. - Dziękuję Ci za pomoc. Możesz już iść.
Iść? A niby dlaczego nie mogłam zostać tam razem z nim? Cicho westchnęłam i usiadłam na dachu swojej jaskini, wpatrując się w gwiazdy. Po upływie zaledwie kilku minut zasnęłam, przytłoczona całym dzisiejszym dniem.

Locked?

poniedziałek, 15 lutego 2016

Od Honey - CD opowiadania Jocker'a

Uśmiechnęłam się.
- Ja już pójdę. Dam ci odpocząć - rzekłam.
- Okej. I, Honey? - zapytał.
- Tak?
- Przyjdziesz jutro? - spojrzał na mnie.
- Jasne. Pa, Jocker.
Wyszłam. Skierowałam się do swojej jaskini. W oczy rzucił mi się napis na ścianie: "Honey+Roney=❤" Przypomniał mi o byłym partnerze. Nie myślałam o nim już od dawna. W kącie jaskini stała puszka z resztką farby. Zamalowałam prawie cały napis, zostawiając tylko swoje imię. Zerknęłam na zegarek. Za chwilę powinnam spotkać się z Gracy. Zabrałam potrzebne rzeczy i wyszłam.
***
Właśnie wybieram się do Jocker'a.


Jock? Sry że krótkie ;=;

Od Meredith - CD opowiadania Thomsona

Jezioro Askunmay (nie wiem jak to się pisze ;=;) pokryte było paru milimetrową warstwą lodu. Podeszłam do lodu i rozbiłam go ostrymi pazurami. Zrobiła się dziura wielkości dłoni dorosłego człowieka. Zaczęłam ją powiększać, aż była rozmiarów tortu weselnego. Wpatrzyłam się w taflę wody. Zauważyłam ciemny kształt. Zanurkowałam pyskiem w zimną wodę i chwyciłam zębami rybę. Wyciągnęłam ją i rozerwałam brzuch zębami. Chwyciłam kawałek białego mięska i go posmakowałam. Było przepyszne. W tym momencie Tom przepchnął się obok mnie również próbując coś złowić. Ja już zjadłam swój posiłek w całości. Byłam już średnio najedzona. Thomson nie mógł złowić niczego więc na chwilę odpuścił i pozwolił mi złowić drugą rybę. Szybko ją zjadłam. Teraz byłam już najedzona. Dziesięć minut później zapytałam Tom'a:
- Co się z tobą dzieje? Tyle czasu próbujesz coś złowić.
- Nie wiem. Może już wracajmy - zignorował swój głód i pociągnął mnie... Gdzieś.


Thomson?

niedziela, 14 lutego 2016

Od Nesty - CD opowiadania Wezy

- Ciut gorzej niż zwykle, zwłaszcza przez to że najprawdobodobniej umrę - skrzywiłam się przy ostatnim słowie.
Weza poruszył się niespokojnie.
- Przecież nie... Nie umrzesz - widać było, że sam w to nie wierzy.
- Cierpię na ciężką chorobę. A pojęcie ciężka choroba zwykle łączy się z choroba nieuleczalna. Musisz mi jedynie obiecać, że gdy umrę, ty i dzieci nie będziecie cierpieć.
Mój partner zerwał się; jego twarzą targnął ból.
- Jak mam ci obiecać, że nie będę cierpieć po śmierci mojej ukochanej?! - wykrzyknął.
- ...
Poczułam silny skurcz, i zwinęłam się w kulkę. Przez mgłę słyszałam głos Wezy, jego pytania. Później była już tylko ciemność.
***
- Choroba postępuje bardzo szybko. Na szczęście Ashley, Colin i Flynn na nią nie chorują. Co do Charlotty, mamy pewne wątpliwości, więc zbadamy ją bardziej szczegółowo - rzekła Honey. Podsłuchiwałam rozmowę jej i Wezy od paru minut.
- Ile czasu zostało Nesty?  - zdławiony głos mojego partnera, wskazywał na to że zaraz się rozpłacze.
- Parę dni, tygodni.
- Co?! - krzyknęłam, ujawniając się.


Weza?

Od Castiela

       Obudziłem się, a Loki jeszcze spał. Czułem się naprawdę dobrze. Wręcz cudownie. Teraz Loki był moim tatą. Nie musiałem się o nic martwić, bo on to robił za mnie. Nawet nie tęskniłem za Aryą i Masonem. Oni pewnie nie robili nic ciekawego. Albo bawili się, albo jedli. Ja będę się uczył. Oni nie będą nic potrafili, a ja tak. Już nie będą się ze mnie śmiać i dokuczać. Nikt już nie będzie, bo mam tatę. Prawdziwego.
       Postanowiłem, że się przejdę. Lubię spacerować. Jak się chodzi po lesie, to się można dużo nauczyć. A ta sfora jest piękna. I kolory są ładne. W domu wszystko było brzydkie. I dlatego wolę być tu niż tam. I nie tęsknię.
       Wyszedłem cicho, żeby nie zbudzić Lokiego. On by nie chciał, żebym chodził sam. A ja chciałem chodzić sam, więc się skradałem. Nie obudził się. Ucieszyłem się. Pobiegłem przez chwilę. Patrzyłem na piękne drzewa i kwiatki. I oddychałem głęboko. I wszystko było super. I chciałem, żeby taki dzień był zawsze. I żebym zawsze mógł być tu i robić to samo. Bo lubię to robić, kiedy jest taki dzień jak teraz. Szedłem i szedłem, aż trafiłem na małą polanę. Były tam inne psy. Nie lubię innych. One pewnie były jak moje rodzeństwo, którego nie lubię. Albo jak te wredne psy z osiedla co się śmieją i później Mason jest zdenerwowany. Ale te psy zachowywały się inaczej. One były szczęśliwe i przyjazne. Bawiły się ze sobą, a kiedy się śmiały, to nie chciały żeby było komuś przykro. Podszedłem więc do nich, bo chciałem zobaczyć jakie są.
-Cześć - powiedziałem.
-Cześć - odpowiedziały.
-Jesteś tu nowy? - zapytał taki ładny czarno-brązowy pies.
-Tak - powiedziałem. - Tata mnie tu przyprowadził. I zostanę tu, bo mi się tu podoba.
       Psy zaśmiały się. Były trochę starsze ode mnie i uważały się za mądrzejsze.
-I tata nauczy mnie dużo rzeczy! - powiedziałem. - A wy nie macie takiego fajnego taty i nie będziecie umieć tego co ja!
       Psy zaśmiały się jeszcze głośniej. Pewnie wzięły mnie za jakiegoś głupiutkiego szczeniaka.
-To wracaj do tatusia, mały - powiedział ten ładny pies, ale tak naprawdę nie był już ładny, bo go nie lubiłem. - Nic tu po tobie.
       Zdenerwowałem się.
-To po was nic nie będzie, łajdaki! - krzyknąłem. - Powiem wszystko tacie, a on powie wszystko alfowi i dostaniecie lanie!
       Tym razem się nie zaśmiali. Spojrzali na mnie jak na jakiegoś nienormalnego i odeszli. Nie lubiłem ich. Chciałem wrócić do jaskini, ale zapomniałem drogi. Poszedłem dalej żeby znaleźć kogoś, kto będzie miły. Ale nie było nikogo. A ja chciałem jeść. Nie byłem nigdy w takim dużym parku i zawsze jadłem z miski. Nawet nie wiedziałem, co jedzą inni. Aż nagle zobaczyłem białą suczkę. Była większa i starsza od tamtych psów, których nie lubiłem, więc do niej poszedłem. Miałem nadzieję, że będzie inna.
-Cześć! - powiedziałem do niej.
       Uśmiechnęła się. Była ładna.
-Jesteś ze sfory? - spytała. - Wybacz, że tak dopytuję, ale nigdy wcześniej cię tu nie widziałam, a znam niemal każdego.
-Nie wiem - powiedziałem. - Co to sfora?
-To taka grupa psów - powiedziała. - Żyją na tym samym terytorium, mają podobne wartości i ogólnie przyjaźnią się ze sobą.
-Nie wiem - powiedziałem. - Tata mi coś mówił, ale nie wiem czy w niej jestem. Bo żyłem z ludźmi i uciekłem. I nie lubiłem mamy i rodzeństwa. A ty masz mamę?
       Suczka spojrzała na mnie. Była zdziwiona. Może nikt oprócz mnie nie miał mamy. Bo przecież moja mama nie mogła być czyjąś mamą, bo była moją.
-Pewnie, że mam mamę - powiedziała. - Każdy ma mamę i tatę. Powiedz, mały...
       Nie lubię kiedy ktoś mówi, że jestem mały. To nie moja wina.
-Cas! - powiedziałem.
-...Cas... Gdzie są twoi rodzice? Masz kogoś? Masz gdzie mieszkać i co jeść? Ojej, na pewno jesteś głodny. Może chcesz pójść do mnie...
-Castiel! -krzykną ktoś.
       To był tata. Znalazł mnie. Nie rozumiem dlaczego był zły, bo przecież mnie znalazł. Powinien się cieszyć, że znów jesteśmy razem.
-Odbiło ci, czy jak?! - nadal krzyczał. - Miałeś nie ruszać się z jaskini. Pomyśl, nie znasz tych terenów i mogło ci się coś stać. Co ja bym wtedy zrobił? Weź ten przykład zachowania na wzór głupoty i samolubności, a w późniejszych latach napiszesz mi całą książkę o tym, co...
-Loki? - powiedziała ładna suczka. - Myślałam, że ty... Że...
-Wróciłem. Chociaż nie było to w najmniejszym stopniu zaplanowane. Jak widzisz, pojawiły się nowe okoliczności, przez które musiałem zrezygnować z podjętego planu działania.
       Ładna suczka się zaśmiała. Podeszła bliżej do taty i chyba chciała go przytulić, ale go nie przytuliła. Tylko się uśmiechała.
-Tęskniliśmy za tobą. Naprawdę. Jocker wie, że wróciłeś? Musimy zaraz do niego pójść i powiedzieć...
-Suzzie, wybacz, ale mam inne sprawy na głowie. Jak go spotkasz, to, nie wiem, może go pozdrów albo coś. W każdym razie, musimy iść.
       Odwrócił się i zawołał mnie. Nie chciałem iść, bo chociaż byłem głodny to polubiłem suczkę.
-Pa pa, Suzzie - powiedziałem.
-Pa - powiedziała.
       Odszedłem. Starałem się dogonić Lokiego, który bardzo szybko chodził.
-Tato! - krzyknąłem. - Czekaj!... Czy Suzzie może być moją mamą? Bo ja ją lubię, a ona mnie też lubi i bylibyśmy rodziną!
-Nie! -powiedział, ale nie krzyknął. Chociaż tak w zasadzie to krzyknął, ale tak inaczej, że uznałem, że raczej nie krzyknął. - Przecież masz mamę.
-Już nie, bo ją zostawiłem. I rodzeństwa też.
-Mówi się "rodzeństwo". A rodzinę można zostawić, w sensie opuścić, ale więzy krwi zostają, bo nie można się ich pozbyć. To kompletnie nie zależy od nas, toteż twoja mama nadal jest twoją mamą i nie możesz tego zmienić.
-Ale skoro ja mam brata i siostrę, to powinno mówić się "rodzeństwa", bo ich jest dwa, a nie jedno.
-Castiel!!! Czy ty mnie słuchasz?! Nie można zapominać o swojej przeszłości, bo jest ona ważnym elementem, określającym nas samych. Rodziny się nie wybiera. Możesz mówić do mnie "tato", ale nie zapominaj, że nie jestem twoim prawdziwym ojcem. Relacje między psami są trudnym tematem, dlatego powiem ci o tym trochę później, gdy będziesz starszy.
-To po co się denerwujesz? A gdybym miał dziesięć rodze... rodzeństwo, to jak musiałbym mówić?
       Tata nic nie powiedział. Chyba nie lubił kiedy mówiłem, bo zawsze jak coś mówiłem, to mówiłem niepoprawnie i był zły. Dlatego postanowiłem, że nie odezwę się już ani słowem, dopóki czegoś nie zjem. Bo nie chcę, żeby był zły.

sobota, 13 lutego 2016

Od Bitter Sweet'a CD opowiadania Gracy

Owczarek przytaknął w odpowiedzi, podnosząc swój wzrok w stronę białej suki. Obserwował, jak łapczywie jadła zwierzynę, sam jednak nie miał ochoty na jakiekolwiek jedzenie. Mocno odepchnął jelenia na bok, a na jego pysk wkroczyła zupełnie obojętna mina. Miał wrażenie, że Grey podniosła na chwilę pysk żeby zobaczyć, jak bezwładne ciało kopytnego spada w niewielką przepaść. Później jednak wróciła do konsumpcji, a jej jasna sierść nasiąkła krwią. Bitter rozsiadł się wygodnie, czekając, aż suczka skończy. Kiedy już tylko kilka grubych kości leżało na białym puchu, zerwali się z miejsc i poszli przed siebie. Pies miał nadzieję, że nie pójdą zbyt daleko, bo czuł, że powieki zaczynają mu opadać.
- Lerqua? - odezwał się wreszcie, kiedy przystanęli na rozgałęzieniu ścieżek.
- Może być. - mruknęła w odpowiedzi Gracy, wybierając ciemniejszą drogę, na której znajdowało się jeszcze kilka śladów krwi.
Kiedy w oddali były już widoczne ściany ogromnego, ciemnego zamku, Bitter nieco przyspieszył. Ciągłe milczenie nieco go przytłaczało; brał pod uwagę to, że kiedyś rozmawiali ze sobą na każdym kroku, po kilka godzin, bez przerwy. Ale wiedział, dlaczego tak się działo. Przed wojną można było przyjść do każdego psa czy też suki, a ci przyjęliby gościa z największą przyjemnością. Teraz, kiedy połowy sforzan już nie ma, ciężko o jakąkolwiek wesołą pogawędkę. Suka nastroszyła uszy i przystanęła, przymrużając lekko ślepia. Odwracała się za każdym razem, kiedy usłyszała jakiś dźwięk.
- Trochę tu inaczej - zaczął Bitter, siadając na jednym z nagrobków. - Teraz dużo się zmieniło..
- Może trochę. - przyznała Grey, patrząc na psa ze zdziwieniem. Potem cicho westchnęła, najprawdopodobniej rozumiejąc, że bezczeszczenie grobów to jeden ze zwyczajów owczarka. 
- A raczej wszystko się zmieniło. - dodał, opierając się łapą o marmur.
Gracy? '-'

Nowy szczeniak!

Imię : Castiel
Ksywka : Cas
Rasa : mieszaniec
Wiek : ok. 4 miesiące
Płeć : pies
Rodzina :
~przybrany ojciec - Loki
~biologiczna matka - Margot
~biologiczny ojciec - nieznany
~rodzeństwo - Arya, Mason 
Zakochany : Jeszcze nikogo nie poznał.
Charakter : Na pierwszy rzut oka wesoły piesek. Nie, wcale nie wesoły. Miał ciężkie dzieciństwo, które ukształtowało już nieco jego osobowość. Uważa, że inne psy są głupie, więc stara się po prostu je omijać. Próbuje pozbyć się odruchów i uczy się, jak skutecznie opanowywać emocje.
Historia :
       Był sierotą. Niekochany przez matkę, porzucony przez ojca, który nawet nie wie o jego istnieniu. Margot, rodowodowa suczka, zaszła w ciążę z pierwszym lepszym przybłędą z powodu niedopilnowania przez właścicieli już przy pierwszej cieczce. Opiekunowie chcieli usunąć szczenięta, lecz weterynarz kategorycznie odmówił, twierdząc, że takie sytuacje czasem się zdarzają, a jako że życie suki nie było zagrożone, nie miał podstaw do wykonania zabiegu. Szczenięta, jak to bywa w pierwszym miocie, w większości zdechły. Przetrwał tylko Cas, Mason i Arya. Wiecznie głodni, spragnieni miłości oraz odrobiny uwagi ze strony Margot, przeżywali trudne chwile. Suczka była zbyt młoda na szczeniaki, przez co nie odczuwała instynktu macierzyńskiego, a szczeniaki traktowała jak rywali w zdobywaniu pożywienia. Czasem zdarzało się, że rzuciła się na któreś ze swoich dzieci pod byle pretekstem. Szybko nauczyli się, że nie znajdą schronienia w ciepłych ramionach matki, więc szukali chociaż odrobiny czułości ze strony ludzi. Dwunożne istoty, co prawda dbały o nie, ale z powodu braku czasu, rzadko z nimi przebywali.
       Arya i Mason trzymali się razem. Nie słuchali się nikogo, pchali się tam, gdzie nie powinni i przeżywali przygody, o jakich Cas mógł tylko pomarzyć. Nie ciągnęło go do tych wszystkich szczeniackich zajęć. Zawsze pokornie robił, co powiedzieli mu właściciele, starał się być dobry nawet dla matki, czym narażał się u swojego rodzeństwa. Mimo wszystkich zasług, to jemu zawsze obrywało się za ich wybryki. Cas nie potrafił cieszyć się na widok pana wracającego z pracy do domu, ani też nie miał zamiaru uczyć się wszystkich sztuczek, przekazywanych przez panią. Robienie z siebie pajaca uznawał za największą karę, jaką karmiciele mogli wymyślić. Jeśli chodzi o komendy, to Arya zyskiwała szczególne względy domowników. Niezwykle ruchliwa suczka wykonywała każde polecenie w okamgnieniu, zawsze z zapałem i nawet dwadzieścia razy na dzień. Mason starał się ją naśladować, ale niestety, przez wrodzoną niezdarność, nie mógł się z nią równać.
       Minęły miesiące zanim szczeniak zdał sobie sprawę, że dalsze życie w takich warunkach nie na najmniejszego sensu i kolejne, wypełnione bólem, tygodnie, nim nadarzyła się okazja, by uciec. Otóż, pewnego dnia, Cas zmuszony został do wizyty u weterynarza. Oficjalna wersja głosiła, że pies źle się czuje, ponieważ jemu jako jedynemu nie zostały podane szczepienia ochronne, więc, według błyskotliwych właścicieli, złapał jakąś chorobę. Prawda natomiast przedstawiała się tak, że Mason, niezadowolony z powodu ciągłego towarzystwa brata, który uznawany był za aspołecznego psa i pośmiewisko całego osiedla, w przypływie nagłej złości, dosypał mu do jedzenia jeden z granulatów, znalezionych na tarasie. Właściciel, z którym psiak został wysłany do lekarza, nie był w formie po całonocnej libacji, więc nie pilnował zbytnio szczeniaka, który szybko znalazł sposób, aby odczepić smycz.
       Castiel błąkał się po ulicach miasteczka przez dobre dwie godziny, zwiedzając i starając się znaleźć ciekawe zajęcie. Dopiero w parku wpadł na genialny pomysł. Na jednej z drewnianych ławek siedziała mała dziewczynka z tornistrem, uporczywie pisząc coś na kartce. Cas nieśmiało podszedł bliżej, a kiedy dziecko uśmiechnęło się w jego stronę, zupełnie przestał się go obawiać. Przednimi łapami stanął na belce i uważnie przyglądał się koślawo odwzorowywanym przez dziewczynkę literom. Ta z kolei zaczęła mu tłumaczyć co one oznaczają oraz jak bardzo przydatne jest ich odczytywanie. Szczeniak postanowił nauczyć się czytać, więc chwycił kartkę i pędem rzucił się do ucieczki. Prawie wpadł pod ciężarówkę, ale biegł dalej, pokonując kolejne przecznice, aż został zatrzymany Lokiego, który z czasem stał się jego przybranym ojcem i zaprowadził do sfory.
Kontakt : snaraluch

Od Lokiego

Odchodzę.

       Końcówka zimy bieżącego roku katastrofalnie zmieniła moje życie, wprowadzając w nie najróżniejsze uczucia i emocje, jakich nigdy nie spodziewałem się doznać.
       Tego dnia obudziły mnie odgłosy kłótni. Wyjrzałem z jaskini. Para kochanków wymieniała ze sobą własne poglądy, a sądząc po ich podniesionych głosach, były to pomysły odnośnie ich przyszłości, których jedna ze stron nie popierała. W ostatnim czasie był to dość popularny widok. Psy po chwili zniknęły mi z oczu, a po wypowiedzianych przez nie słowach nie pozostało nawet echo. Temat ten zapewne był tak błahy, że nawet las chciał go jak najszybciej wyrzucić z pamięci. Nie widziałem sensu w tym, żeby wrócić do łóżka i kontynuować drzemkę, skoro dzień rozpoczął się już na dobre. Czas się spakować.
       Miałem spory kłopot w wybraniu rzeczy być może przez to, iż zbyt przywiązuję się do przedmiotów. Musiałem wziąć tylko te najpotrzebniejsze, bo wszystkiego nigdy nie przetransportowałbym w pojedynkę. Ciężko było mi się rozstać z projektorem, encyklopediami i innymi pierdółkami, które tak sumiennie zbierałem. Jednak nastał nowy okres w życiu - lepszy lub gorszy - w każdym razie nowy. Zamknąłem wszystkie niedokończone sprawy. Dumny z siebie stanąłem na skraju jaskini, myśląc o latach w niej spędzonych i tęsknocie, która już teraz, powoli zaczęła mnie nawiedzać. Ale podjąłem decyzję - odchodzę chociażby nie wiem co.

-Jocker... - niepewnie przemówiłem do alfy. - Ja... na mnie czas.
-Odchodzisz?! - pies oderwał się od swojego zajęcia i spojrzał na mnie ze strachem w oczach.
-Tak... To przemyślana decyzja. I nie proś, nie pytaj. Nie jestem w stanie tu być. Bez niego.
       Pies westchnął.
-Mi też było ciężko. Nadal jest. Ale skoro chcesz odejść, to nie będę cię zatrzymywać.
       Wrócił do wykonywania przerwanej wcześniej czynności i już więcej na mnie nie spojrzał. Jakby moja obecność była mu obojętna. Pokiwałem głową i odchodząc rzuciłem krótkie "cześć".
-Uważaj na siebie! - usłyszałem.
       Będę. Wziąłem tobołek, obierając kurs na miasto.

       Miasto jak miasto. Budynki, ulice, ludzie. Nie sądziłem, że może mi tego brakować. Nikt nie zwraca na mnie uwagi, nie chce się przywitać i dowiedzieć się co u mnie. Wszyscy są sobie obojętni, każdy robi co chce; to miejsce wręcz stworzone dla mnie. Czekają mnie zimne noce na ulicy, głód, głupota ludzi; ale nie przejmuję się tym. Poradzę sobie.
       Z początku zwiedzałem mniej ruchliwe ulice, w poszukiwaniu miejsca na nocleg. Każdy zaułek wydawał mi się nieodpowiedni, bądź już zamieszkały, a na tereny prywatne wolałem nie wchodzić. W końcu zostawiłem obciążające mnie rzeczy w krzakach przy mniej uczęszczanej alejce pobliskiego parku i ruszyłem do centrum w poszukiwaniu jedzenia.
       Kiedy przekraczałem kolejną przecznicę, do moich uszu dobiegł przeraźliwy huk, coś w stylu spadającego kontenera. Nagle zza węgła jednej z kamieniczek, wyskoczył na jezdnię czarny szczeniak, trzymający w pysku zgniecione resztki kartki. Przejeżdżający samochód towarowy, gwałtownie zahamował, skręcając koła, by go wyminąć, docelowo zderzając się z murem dzielącym jezdnię od parku. Pies jednak nie widział tego zajścia. Biegł dalej, zupełnie jakby goniony przez niewidzialną siłę. Poczułem coś na kształt zainteresowania. To był impuls. Rzuciłem się za nim w pogoń.

-Stój! - krzyknąłem, mając nadzieję, że posłucha.
       On jednak biegł dalej, zupełnie jakby nic do niego nie docierało. Zwalniał, a ja przyspieszałem, dzięki czemu dorwałem go już za drugim zakrętem. Przygniotłem go lekko swoim ciałem do piaszczystej nawierzchni, na co zareagował pisknięciem.
-Zostaw! - usłyszałem. - Puść mnie!
       Szczeniak był mocno przestraszony. Mogłem poznać to przez jego szybkie tętno i drżący głos, jakim do mnie przemawiał.
-Spokojnie - powiedziałem powoli. - Nie chcę ci nic zrobić.
       Ostrożnie wstałem, nadal przytrzymując psa łapą z obawy, że nie dogonię go po raz drugi. Teraz mogłem dokładnie mu się przyjrzeć. Miał około czterech miesięcy. Chociaż był brudny i zaniedbany, to dało się wyczuć, że nie jest pierwszym lepszym psem z ulicy. Wyglądał na owczarka, bo pomimo niewielkich jeszcze rozmiarów, jego masywne łapy oraz niemalże wystawowa budowa, wskazywały na szlachetne urodzenie. Nigdy nie widziałem tak inteligentnego spojrzenia. Jego soczewki wpatrywały się we mnie z natarczywością i zainteresowaniem, którego rodzaju jeszcze nie znałem. W jakiś sposób byłem się przy nim mały. To głupie, bo przecież był ode mnie niższy, młodszy, słabszy, nie potrafił tego co ja, ale drzemał w nim tak olbrzymi potencjał, że naraz poczułem zupełnie nieznane dotąd uczucie. Chęć poznania tego stworzonka, zaprzyjaźnienia się.
-Mogę iść? - spytał, a ja zorientowałem się, że strach zupełnie go opuścił. - Puść mnie!
       Wykonałem jego polecenie. Szczeniak wstał i jeszcze raz zmierzył mnie wzrokiem, tym razem ze znacznie wyższej wysokości niż przedtem.
-Dlaczego uciekałeś? - spojrzałem na niego niechętnie, starając się nie dać po sobie poznać, że cokolwiek mnie to interesuje.
-Bo nie chciałem, żeby ktoś mnie złapał - odparł jak typowe dziecko, które nieświadomie omija najważniejsze elementy opowiadanej historii.
-Gonił cię ktoś? Zrobiłeś coś złego? Daj spokój, mały. Komu by zależało na kimś takim jak ty?
       Nic nie zrobił sobie z tego, że świadomie go obraziłem. Wzruszył ramionami i już miał zamiar odchodzić, kiedy nagle podskoczył, jakby o czymś sobie przypomniał i zaczął rozglądać się na wszystkie strony.
-Gdzie to jest?! - jego głos zanosił się płaczem. - Gdzie to jest?! Zgubiłem, zgubiłem!
       Szybko skojarzyłem fakty, dzięki czemu przypomniałem sobie dokładnie co takiego zgubił. Kartkę, z którą uciekał. Pies położył się na ziemi i nakrył pysk łapami.
-Zły Cas - chlipał. - Bardzo zły Cas. Dlaczego? Dlaczego zawsze mi jest źle? Dlaczego inne psy są szczęśliwe? Czy to kara za to, że nie chcę być tak głupi jak one?
       Coś mnie ruszyło. Spojrzałem na niego zupełnie inaczej. Przypomniały mi się chwile z dzieciństwa, trudności z jakimi musiałem się zmierzyć. Sam. Zobaczyłem w tej włochatej kulce samego siebie, zagubionego, tego któremu nikt nie pokazał właściwej drogi. I nagle dotarło do mnie, że ja i on jesteśmy do siebie cholernie podobni, że nie mogę zostawić go samego.
-Nie płacz - rozkazałem siadając koło niego. - Mądre psy tak nie robią. Pomyśl, jeśli zobaczą cię jak płaczesz, nie będą cię szanować. Będziesz nikim.
-Nie będę nikim! - zerwał się nagle. - Nie chcę! Chcę być najlepszym psem na świecie! Chcę, żeby mnie szanowali!
       Uśmiechnąłem, słysząc te niecodzienne aspiracje. Mało kiedy zdaża się, ktoś kto jako szczenię wie, jaka droga jest dla niego przeznaczona.
-Gdzie twoi rodzice? - skupiłem na nim uwagę. - Może już powinieneś iść? Może cię szukają? Martwią się o ciebie?
-Nie - westchnął cicho. - Nie mam taty, a mama mnie nie kocha. Mam dużo rodzeństwa, ale ona nie zwraca na nas uwagi. Tylko na panią i pana, bo ją karmią, a o nas nie panięta. Raz to mnie nawet ugryzła, bo wziąłem jej piłkę. Zresztą zawsze dbałem sam o siebie. Nie lubię innych bo są dla mnie za głupi. Tylko zabawy im w głowie. Dlatego odeszłem, nie chciałem tak żyć. Poszłem tu, żeby się nauczyć czegoś.
       Krzywiłem się, gdy wypowiadał niepoprawne formy wyrazów, bądź też kaleczył język, przez zmianę szyku zdania. Nie miałem mu tego za złe. Wiedziałem, że nie miał nikogo, kto nauczyłby go poprawnie mówić, więc tylko przytakiwałem lub poprawiałem, gdy za bardzo coś pomieszał.
-Ty jesteś inny - pokiwał łbem. - Rozumiesz mnie, prawda?
-... Zdaje mi się, że tak - zacząłem niepewnie. - Kiedy byłem w twoim wieku też odszedłem od rodziny. Nie czułem do nich przywiązania, a nasze więzi były rozluźnione do tego stopnia, że zupełne zerwanie ich było tylko kwestią czasu. Nie potrafiłem żyć z psami, które kierują się jedynie popędami, a za prawdę przyjmują wszystko, co im powiedzą.
       Spojrzał na mnie z uznaniem. Niepewnie podszedł do mnie bliżej, na tyle, że mogłem uznać to za złamanie granicy przestrzeni prywatnej, jednak zanim zdołałem cokolwiek powiedzieć, przyległ mi do klatki piersiowej i wtulił zimny nos w moje futro.
-Naucz mnie! - pisnął, nie odsuwając się ani o centymetr. - Naucz mnie wszystkiego co potrafisz! Chcę być taki jak ty!
       Zbaraniałem. Przez całe życie uważałem się za dziwoląga, kogoś nieciekawego, niewartego uwagi. Tym czasem zjawił się kundel, dla którego stałem się wzorem, po zaledwie kilku minutach znajomości i zapewnia, że chce "zmarnować" swoje życie, w ten sam sposób, w jaki ja zmarnowałem swoje. Chyba milczałem zbyt długo, bo pies odsunął się ode mnie i rzucił mi najbardziej zawiedziony rodzaj spojrzenia.
-Proszę... - szepnął. - Tylko jeden raz! Tylko jedna rzecz! Proszę!
       Westchnąłem, po czym pokiwałem łbem z rezygnacją. Szczeniak podskoczył z radości, ale szybko się opanował, przyjmując poważny wygląd. Kiedy spytałem go co się stało, on począł wyjaśniać, że dla niego przejawy emocji są złe i od niedawna próbuje się ich wyzbyć.
-Jestem Loki - uznałem, że najwyższy czas się przedstawić. - Ludzie tak mnie nazwali i w pełni podoba mi się to imię. A ty?
-Cas - odparł szybko, po czym popadł w zamyślenie. - Tak, jestem Cas... To skrót od... - zamilkł, starając coś sobie przypomnieć. - ...Casziel.
       Zaśmiałem się lekko, bo jego imię brzmiało zupełnie jak "kaszel". Casziel zrobił urażoną minę, a ja uznałem, że kiedy próbuje naśladować zachowanie dorosłych jest jeszcze zabawniejszy, niż gdy łączy ze sobą dwa niepasujące do siebie wyrazy. "Casziel"... Nagle coś mnie olśniło. W głowie zabłysło światełko wspomnienia z dzieciństwa, z czasów mieszkania wśród ludzi. Nie stłumiłem go, bo było to dobre wspomnienie. Jedno z niewielu.
-A może "Castiel"? - spytałem, po dokładnym przypomnieniu sobie pewnego wątku.
-Tak! Castiel! - znów się zapomniał i trochę za bardzo dał upust emocjom. Szybko to do niego dotarło, więc jeszcze raz powtórzył wcześniejszą wypowiedź, tym razem bez zbędnego przejęcia.
-Lubiłem ten serial... - zdałem sobie sprawę jak bardzo brakuje mi typowo ludzkich rozrywek, tj. oglądania telewizji.
-Kogo? - spytał widocznie zainteresowany.
       Uśmiechnąłem się tylko, nie chcąc mu tłumaczyć pochodzenia jego imienia. Coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że ten szczeniak jest wyjątkowy. Postanowiłem, że nauczę go kilku rzeczy, może nawet pozwolę mu zostać u siebie na dłużej. I właśnie tu pojawił się problem. Nie było już żadnego "u siebie". Porzuciłem sforę, skazując nas tym samym na głodówkę i zimne noce na ulicy. Wychowałem się w podobnych warunkach; w warunkach, których nie życzyłbym najgorszemu wrogowi, a co dopiero Casowi. I chociaż perspektywa powrotu do sfory nie do końca mi odpowiadała, bo przecież podjąłem decyzję; jednak tu szło o coś ważniejszego. Cas zasługuje na wszystko, co najlepsze.
-Pójdziemy do mnie - zadecydowałem, rzucając szczeniakowi krótkie spojrzenie. - Mam wiele... przedmiotów, które mogą ci się spodobać.
-Super! - pisnął, nadal starając się nie okazywać emocji. - Szkoda, że zgubiłem kartkę.
-Właśnie. Chciałem cię o to spytać. Do czego była potrzebna ci ta kartka?
Castiel zasmucił się na samą myśl o przykrym zdarzeniu. Odetchnął cicho i spojrzał na mnie niepewnie, jakby z obawy, że go wyśmieję.
-Tam były napisane litery. Bo ja bardzo chcę się nauczyć czytać, ale nikt nie umie i nie nauczy mnie. Dlatego ukradłem zeszyt dziewczynce i uciekałem bo mnie goniła. I chciała go zabrać, a ja się o to bałem, bo teraz nie będę umiał czytać.
       Coś chwyciło mnie za serce. Wszystkie szczeniaki, jakie do tej pory znałem wręcz uciekały od nauki czytania i wszystkiego co było związane z samodzielnym myśleniem.
-Nie martw się o to - powiedziałem. - W mojej jaskini mam mnóstwo książek i podręczników...
-Ty... - głośno nabrał powietrza i wytrzeszczył oczy. - Ty umiesz czytać?!
       Z początku zdziwiła mnie jego reakcja, ale później dotarło do mnie, iż w jego otoczeniu żaden pies nie posiadał tej umiejętności. Kiedy przytaknąłem, natychmiast zerwał się z miejsca, wydał kilka radosnych okrzyków i niemal klęknął, błagając, abym natychmiast go tam zaprowadził. Nie opłacało się wracać do parku po zostawioną tam wcześniej torbę, w której znajdowało się jedynie trochę prowiantu na "czarną godzinę" oraz niedokładne mapy. Pokiwałem łbem i ruszyłem w drogę powrotną do sfory, a Cas, z trudem hamujący wesołe podskoki, za mną.

       Podróż nie należała do najprzyjemniejszych. Częściowo przez niecierpliwego szczeniaka u boku, domagającego się co chwilę mojej uwagi; częściowo przez deszcz, który niespodziewanie lunął z nieba. Teraz nie dość, że Cas opowiadał o swojej przeszłości, to jeszcze marudził i jęczał.
-Proszę! - powiedziałem, przerywając mu historyjkę o zbitym kubku. - Pięć minut ciszy. Tylko pięć minut.
-Skąd mam wiedzieć ile to pięć minut? - zamyślił się. - Nie umiem liczyć... No i wtedy pani powiedziała...
-Nie zaczyna się zdania od "no" - westchnąłem. - Po prostu postaraj się być cicho, aż nie pozwolę ci się odezwać, rozumiesz?
-O-okej.
       Odetchnąłem, ale już po minucie temat rozbitego kubka ze Star Warsów powrócił nagle i bezlitośnie. Nie pozostawało mi nic innego, jak tylko iść szybciej i słuchać. Albo chociaż udawać, że słucham.

       Po około godzinie dotarliśmy do rzeki odgradzającej nas od przysłowiowego punktu B. Rzecz jasna, sam przebyłbym drogę w pół godziny, ale szczeniak nie był przyzwyczajony do długiego marszu. Szliśmy zatem wolno, nawet pełzaliśmy, a im bliżej do celu, tym Cas bardziej nie mógł się doczekać. Pojawienie się rzeki na naszej trasie oznaczało, że już prawie jesteśmy, więc nawet uśmiechnąłem się na jej widok.
-Musimy przez nią przejść - powiedziałem. - Prąd jest tutaj bardzo silny, więc nawet nie myśl o kąpieli. Przy twojej masie ciała porwałoby cię trzy kilometry stąd.
-To dużo?
-Bardzo.
       Odnalazłem wzrokiem wystające z wody kamienie, tworzące niezbyt bezpieczną ścieżkę na drugi brzeg. Spojrzałem niepewnie na szczeniaka, który ledwo stał na łapach, wpatrując się we mnie z zaciekawieniem. Tak, to byłoby ryzykowne, ale nie wezmę go na grzbiet, bo w ten sposób utopimy się obaj. Mogę tylko iść z tyłu i go asekurować.
-Pójdziesz pierwszy - powiedziałem.
-Mam płynąć? Nie umiem.
-Nie, musisz iść po tej ścieżce. - Wskazałem kamienie. - Idź powoli i ostrożnie, nie oglądaj się, i nie bój. Będę tuż za tobą.
-Nie boję! - krzyknął i śmiałym ruchem wskoczył na pierwszy stopień.
       Zachwiał się, przez co niemal stanęło mi serce, lecz po chwili złapał równowagę i uśmiechnął się w moim kierunku.
-Dam radę! - powiedział dumnie.
-Miałeś się nie odwracać, gamoniu - prychnąłem. - Idź. Powoli.
       Szło nam dobrze aż do siódmego kamienia. To wtedy niebo przeszył piorun, a ziemia zadudniła. Cas podskoczył ze strachu na dobry metr wzwyż, poślizgnął i wylądował w wodzie. Nie zdążyłem zareagować, ani też nie zrobiłem nic, aby mu pomóc. To stało się zbyt szybko. Szczeniak piszczał, szamotał się, próbował stawić opór wodzie, która porywała go coraz dalej. Ocknąłem się chwilę później, zbyt długą chwilę później. Nie mogę go stracić. Wskoczyłem za nim.

       Wyszedłem na brzeg dobre pół kilometra dalej.
-CAS! - ryknąłem na całą okolicę, rozglądając się w poszukiwaniu przyjaciela.
       To było pierwsze, co zrobiłem. Zapomniałem o sobie, o tym jak bardzo jestem wycięczony po przegranej walce z prądem wody. Zapomniałem o wszystkim, co mnie dotyczyło, by docelowo skupić się wyłącznie na Casie. Szybko wstałem i nawet nie otrzepawszy się z błota, rzuciłem się wzdłuż nurtu rzeki, starając się go namierzyć. Jednak nie było go nigdzie, rozpłynął się bezpowrotnie, czyniąc w moim umyśle coś na kształt pustki obecnej po stracie kogoś bliskiego. Co z tego, że znaliśmy się zaledwie kilka godzin. On miał coś w sobie, przez co czułem, że jest najważniejszą osobą w moim dotychczasowym życiu. Bowiem, żadem spotkany przeze mnie pies nie był nim, nie był Casem.
-CASTIEL!!! - powtórzyłem nawoływania.
       Odpowiedziała mi cisza. Przebiegła przeze mnie fala żalu i smutku. Wrażenie, że nic już nie da się zrobić; gorzka prawda, że czasu nie da się cofnąć. Odpędziłem pesymistyczne myśli, starając się opanować rosnące uczucie bezsilności. Biegałem po brzegu przez krótką chwilę, wołając i wypatrując przyjaciela, po czym ponownie wskoczyłem do wody i bez względu na konsekwencje, zacząłem przeszukiwać rzekę wzdłuż i wszerz, z nieugaszonym jeszcze do końca, płomyczkiem nadziei. Nic, nie było go nigdzie.

-L...Loooki! - usłyszałem cieniutki głosik.
       W pierwszej chwili uznałem go za złudzenie, jednak gdy głosik znów się odezwał, wiedziałem już, że to nie fatamorgana. Lotem błyskawicy rzuciłem się w stronę skąd dochodził odgłos. Źródło dźwięku znajdowało się zaledwie kilka susów dalej, że aż trudno było uwierzyć, iż mogłem je przeoczyć. Mokre, przemarznięte i wyczerpane leżało na brzegu, nie mogąc się podnieść.
-Prze... Przepraszam - pisnął i spojrzał na mnie dużymi okrągłymi oczyma.
       Miałem ochotę go przytulić, ucałować, powiedzieć, że nic się nie stało, że go kocham; jednak tego nie zrobiłem. Wyprostowałem się i łamiącym się, oskarżycielskim głosem niemal wyrecytowałem:
-Nigdy więcej tak nie rób.

poniedziałek, 8 lutego 2016

Od Wezy– CD opowiadania Nesty

Weza oddalił lekko swój pysk i spojrzał na Nesty, która patrzyła na niego lekko nieprzytomnym wzrokiem. Ten cichi westchnął i przekręcił łeb w lewo, próbując ukryć kilka łez, które  spłynęły mu po pysku.
–Honey i Alana cały czas tu są– wskazał pyskiem Husky i Collie, które rozmawiały ze sobą. –Mów gdy poczujesz skę gorzej– mruknął i delikatnie położył jej pysk na barku.
–Tak– usłyszał cichutką odpowiedź, wydobywającą się z ust Nesty. Pies wstał i podszedł do Collie.
–Alana?– Weza spojrzał na nią poważnie, a suka odwróciła do niego łeb. –Czy... Czy Nesty od dawna jest chora?
–To nie jest wykluczone– Alana pokiwała parę razy łbem. –Tylko najwyraźniej dopiero nie dawno ta choroba się rozwinęła– ściszyła głos, widząc wchodzące szczeniaki.
–A co z zasłabnęciem Charlie? Choroba Nesty ma na to jakiś wpływ?– zerknął na sunię, która rozmawiała z siostrą.
–Bardzo możliwe, że któreś ze szczeniaków ma tą chorobę. Tylko zależy jeszcze jaka to choroba. Czy da się ją przenieść przez geny– mruknęła, po czym położyła łapę na barku Wezy. –Lecz najpierw musielibyśmy zbadać wszystkie szczeniaki– powiedziała, na co Weza pokiwał głową. Pies spojrzał na szczeniaki, po czym wysłał je na badania. Spokojnie powrócił do partnerki i usiadł obok niej.
–Ja-jak się czujesz?– spojrzał na nią kątem oka.

Nesty?

Od Gracy– CD opowiadania Bitter Sweet'a

Suka podniosła łeb i wyprostowała się.
–Idziemy na polowanie?– zapytała i skierowała wzrok w stronę Sweet'a.
–Nie dziękuje– chrząknął, podchodząc do jakiś resztek leżących na kamiennym stole. –To mi wystarczy– wskazał łapą "jedzenie". Gracy przewróciła oczami.
–Nie jajuj sobie– westchnęła i popatrzyła w stronę wyjścia. –Dobre powietrze dobrze Ci zrobi– zaśmiała się cicho i łapiąc Bitter'a za łapę, wywlekła go z jaskini.
–A więc prowadź– westchnął Owczarek i zaczęli iść. Nie musieli przejść długo, ponieważ nie daleko nich pasły się dwie sarny i jeleń.
–Co bierzesz?– szepnęła Grey by nie spłoszyć jedzenia i zerknęła na Bitter'a.
–Mogę wziąć jelenia– oblizał delikatnie wargi. Gracy pokiwała łeb i spojrzała na łup. Jeleń był o wiele większy [hyhyhy znów yaoi mod aktywejtyd ( ͡°( ͡° ͜ʖ ͡°) ͜ʖ( ͡° ͜ʖ ͡°) ͡°)] od saren, jednak dwie spokojnie mu dorównywały. Grey skinęła głową i chciała już coś powiedzieć, jednak Sweet wybiegł do przodu, zwinnie skacząc na jelenia. Suka nie pozostała w tyle i również pobiegła w stronę sarny. Niestety nie mogła złapać dwóch na raz, przez co jedna z nich spłoszona uciekła. Grey wbiła kły w krtań sarny i uśmiechając się zwycięsko, popatrzyła na zdobycz. Suka przeciągnęła w bezpieczne miejsce zdobycz i spojrzała na Sweet'a.
–Smacznego– uśmiechnęła się lekko i zatopiła kły w mięsiwie.

Bitter?

Od Gracy– CD opowiadania Honey

Gracy wstała z siedzenia i podniosła wysoko pysk. Zamknęła mocno powieki i stała tak chwilę. Wszystkie słowa które do tej pory wypowiedziała Honey, odbijały się echem w jej głowie. Otworzyła gwałtowie powieki i wbiła w Honey gniewne spojrzenie.
–Chcesz mi pomóc?– warknęła, kładąc przednie łapy na jej biurku. –Sama nie dawno byłaś martwa– Grey uniosła górną wargę, ukazując szereg białych zębów.
–Tak, lecz teraz jestem tu i chce Ci pomóc– powiedziała, lekko krzyżując łapy.
–Daruj sobie taką pomoc– fuknęła suka i odwróciła się w stronę wyjścia z gabinetu.
–Gracy– warknęła Honey, jednak nie wstała z miejsca. Patrzyła na nią jednak poważnie.
–Co?– burknęła, patrząc na nią przez ramię.
–Siadaj tu– powiedziała poważnym tonem i wskazała na krzesło. –Teraz– dodała, widząc, że Grey chce sobie pójść. Gracy westchnęła, przewracając oczami i siadła na wyznaczone przez Hon miejsce. Zajęła miejce, po czym spojrzała na Husky smętnie.
–Baw się w tego psychologa– warknęła cicho, wbijając wzrok w ziemię.

Honey?

niedziela, 7 lutego 2016

Od Ashley– CD opowiadania Rakish'a

–Dziękuje– powiedziała Ashley, biorąc zioła od Honey i wychodząc z jaskini. Chodziła raz na tydzień po jakieś zioła dla matki. Nie wiedziała na co i po co one są, lecz specjalnie ją to nieinteresowało. Spokojnie podreptała w stronę domu, jednak nagle poczuła mocne uderzenie.
–Uważaj jak chodzisz typie– zadźwięczało jej w uszach warknęcie. Suka podniosła łeb znad wysypanych na trawę ziół i spojrzała na psa. Zostawiając zioła w spokoju, obeszła psa wokół, ciekawie mu się przyglądając. Czuła, że był nietutejszy, dlatego nie mogła powstrzymać się od jakiegoś komentarza.
–Jak chodzisz typie– powtórzyła, delikatni, prawie niezauważalnie otwierając pysk, jednak bardzo melodycznie. Jakby owe zdanie śpiewała. W odpowiedzi usłyszała krótkie warknięcie.
–Nie słyszałaś?– odsłonił przednie kły, zbliżając pysk w stronę Ashley. –To kup sobie aparat– warknął, po czym parskną ironicznym śmiechem. Ash uniosła łapy ku górze, po czym zamknęła mu pysk. Popatrzyła na psa z udawanyn współczuciem.
–Ale mnie zjechałeś– powiedziała jak zawsze obojętnie, ze smętną miną. –Leże– dodała i zaczęła zbierać zioła do reklamówki. Dostało się do niej także parę źdźbeł trawy, jednak chyba nikt ich nie rozróżni. –Przepraszam, ale pozwolisz, że oddalę się teraz. Tym samym kończąc naszą przemiłą rozmowę– wzięła reklamówkę w łapy i ruszyła do domu.

Rakish?

czwartek, 4 lutego 2016

Od Locked'a- CD opowiadania Bitter Sweet'a

Zaciągnąłem ciężkiego owczarka do jego jaskini i położyłem go do jego łóżka. Wychodząc tylko powiedziałem do niego uporczywie.
- Nie myśl że ujdzie ci to na sucho. Odegram się za te wąsy!
Po tych słowach wyszedłem z jaskini przyjaciela a niedaleko od niej usłyszałem głośny i głupawy śmiech Bitter'a. Ech te narkotyki... Będąc już w mojej jaskini zacząłem grać na mojej konsolce. Czekałem tylko na północ.

***o północy***


Odłożyłem gierkę. Założyłem na łeb czarną czapkę z wyciętym otworem na oczy. Nie wiem co we mnie wstąpiło ale chciałem się poczuć jak agenci w filmach. Wziąłem krem do depilacji który kiedyś znalazłem w koszu niedaleko szosy. Wziąłem go w zęby i wyszedłem z jaskini. Skradałem się pomiędzy drzewami do jaskini Bitter'a. Gdy byłem przed wejściem otworzyłem krem. Gdybym go otworzył przy owczarku trzask mógłby obudzić Bitter'a. Wszedłem do jaskini i podszedłem do śpiącego psa. Założyłem rękawiczkę dzięki której nie zdepiluję sobie sierści na łapach i nałożyłem na łapę krem. Namalowałem nim brwi i różne śmieszne wzory na całym ciele. Odczekałem chwilę po czym przetarłem ręcznikiem miejsca gdzie wcześniej był depilator. Sierść gładko zeszła a Sweet był pół nagi. Zabrałem swoje rzeczy i przed wyjściem spojrzałem na Bitter'a i ze śmiechem powiedziałem.
- Teraz będziesz miał kaca i nie będziesz miał sierści golasie!- zaśmiałem się cicho.
Wybiegłem z jaskini i wróciłem do swojej. Zdjąłem czapkę i odłożyłem ją na półkę. Położyłem się w łóżku z wielkim, dumnym uśmiechem na pysku.

Bitter? xD

Od Bitter Sweet'a - C.D Opowiadania Gracy

********
  Bitter obudził się wcześnie, słońce nie zdążyło wyjrzeć zza nagich koron drzew, które obecnie były pokryte śniegiem. Zamrugał kontrolnie kilka razy i przybliżył się do niewielkiej menzurki z wodą. Zbliżył pysk do naczynia i uważnie patrzył na wolne podnoszenie i opadanie poziomu wody, którego właściwie prawie wcale nie było widać. A jednak to mu zaprzątnęło łeb; dlaczego woda się podnosi? Rozejrzał się półprzytomnym wzrokiem po mieszkaniu. Było w nim naprawdę czysto, biorąc pod uwagę sam fakt, że jej posiadaczem był  Bitter Sweet.
- Byle do końca tygodnia. - westchnął.
Podskoczył do drewnianej komody, która wówczas służyła mu jako przechowalnia różnego rodzaju przedmiotów, takich jak gliniane miski czy puste kartoniki po mleku, które zawsze trzymał ze sobą. Uchylił drzwiczki, powodując przy tym nieprzyjemne skrzypienie starych już zawiasów. Lekko się skrzywił, słysząc ten przeraźliwy dźwięk pierwszy raz od pobytu w sforze. Otrzepał z kurzu jedną z mis, która utrzymywała się bardzo dobrze. Ułożył ją zgrabnie obok menzurki, odwracając łeb w stronę lekko uchylonego głazu wejściowego. Leżał przed nim biały, puszysty koc. Sweet schylił się, by go podnieść; wtedy właśnie materiał chwycił gwałtownie jego łapę, wbijając przy tym ostre szpony. Owczarek nie miał pojęcia, czemu koc go zaatakował. Właściwie, nie miał zbyt dużego pojęcia, co dzieje się w jego jaskini, bo nadal był senny i otumaniony.
- Przepraszam. - koc wydobył z siebie cichy głos.
Bitt odskoczył od niego jak oparzony. Dlaczego rzeczy martwe do niego przemawiają? Podbiegł szybko do miski. Próbował wydobyć wodę ze szklanego naczynia, aby oprzytomnieć. Próby nie dawały skutku, więc pies rozbił ją sobie na łbie. Kiedy się odwrócił, widział już zarys sylwetki śnieżnobiałej suczki.
- Gracy? - szepnął z niedowierzaniem. - Jak się tu znalazłaś?
- Ja.. - zaczęła niepewnie.
- Dlaczego płaczesz? - zapytał ponownie, podchodząc bliżej suki.
- Miałam zły sen. - mruknęła, przesuwając łapą za uchem. - Ale Ty chyba jeszcze gorszy, Bitter..
Owczarek zacmokał. Był pewny, że gadający koc nie był żadnym wymysłem.

Grey? xD

Od Locked'a- CD opowiadania Elaine

Usiadłem nieco wstydliwie u Elaine w jaskini. Czułem się tam nieswojo po naszej kłótni. Jakbym był w jaskini jakiegoś kompletnie obcego mi psa. Spojrzałem kątem oka na El która usiadła daleko ode mnie. Znów spuściłem wzrok.
- Teraz mi odpowiedz.- rzuciła oschle.
- Na to pytanie które mi zadałaś przed jaskinią alf?- zapytałem jakbym nie wiedział o co chodzi.
- No tak.
- No... To... Powiem ci że jesteś bardzo miła i... i piękna... ale nie potrafię ci tego powiedzieć prosto w twarz. Jestem tchórzem i nie potrafię...- jeszcze bardziej spuściłem wzrok w dół.
- Odpowiedz mi. Proszę...- teraz chyba trochę się uspokoiła i powróciła miła Ela.
- No... Tak czuję do ciebie coś więcej niż przyjaźń! Pasi?! Nie wiem jak zareagujesz po tych słowach ale naprawdę mi się podobasz. Wiedziałem że nie mam u ciebie żadnych szans więc najlepiej od razu się rozejdźmy.- coś dziwnego we mnie wstąpiło.
Po tych słowach nie wiedząc co zrobić wyszedłem z jaskini suczki i pobiegłem do mojej ukryć się w swojej głupocie. Usiadłem na łóżku i oparłem czoło o ścianę. Idiota... Po co ja jej to mówiłem. Przecież teraz może to zrujnować naszą przyjaźń.. Nie będzie się do mnie odzywać i wybierze Bitter'a. Z tyloma myślami w głowie zasnąłem na siedząco oparty o ścianę. Gdy się obudziłem było ciemno. Podejrzewam że jakaś trzecia nad ranem. Wyszedłem z mojej jaskini i udałem się na nocny spacer. Odwiedziłem las, łąkę i śnieżną polanę. Wracając do domu zobaczyłem włócząca się po lesie Elaine. Gdy ją zobaczyłem wskoczyłem w krzaki. Elaine usłyszała pewnie szelest spowodowany moim skokiem gdyż odwróciła się gwałtownie w stronę krzaka za którym cicho siedziałem. Podeszła nieco bliżej i gdy usłyszała kolejny szelest skoczyła prosto na mnie wbijając mi kły w szyję. Syknąłem z bólu. Suczka gwałtownie ode mnie odskoczyła i gdy zobaczyła że to ja cofnęła się kilka króków.
- Przepraszam! Boże!- przybliżyła się do mnie o te kilka kroków.
- To nic. Nic się nie stało.- przyłożyłem łapę do szyi aby zatamować krew.- Zaraz bujdę do Honey czy coś. Spoko.
Po tych słowach miałem się wycofać ale El mnie zatrzymała.

Elaine?

Od Elaine- CD opowiadania Locked'a

  Nie potrafiłam wtedy nic powiedzieć. Wiedziałam, że jestem blisko z Locked'em, ale nie miałam pojęcia, co do mnie czuje. A bynajmniej to, co pokazał. Zamknęłam oczy i cicho westchnęłam. Było mi cholernie zimno. Wstałam, zabrałam ze sobą kawałek drewna i ruszyłam. Pobiegłam przed siebie. Po drodze spotkałam kilka znajomych psów, którym skinęłam łbem.
 Znalazłam się na jednym z wyższych szczytów Gór Zapomnienia, na takim, z którego nie mogłam spaść i jednocześnie wszystko widziałam. Rzucałam kamieniami w potok, aby wyłamać w nim chociaż jedną, małą dziurę. Kiedy wiatr za bardzo dawał się we znaki, zeszłam ostrożnie po kamieniach. Wróciłam do swojej jaskini, a w progu jaskini Alf zastałam Locked'a.
- Ela.. - zaczął.
- Nie mów do mnie Ela. - warknęłam, nie podchodząc do niego bliżej niż metr. - Czy wyglądam na Elżbietę?! Wy i Wasze chore wymysły.. Powiedz mi tylko jedno, Locked. Czy Ty coś do mnie czujesz?
Zastygłam, czekając na odpowiedź ze strony psa. Spuściłam nieco ton i wpuściłam go do swojego domu, żeby nie zbudzać sensacji swoimi okrzykami.

 Locked? Uważaj z nią lepiej. xD

Od Rakish'a

Pierwszym psem który będzie zaszczycony moją osobą będzie Jocker. Poszedłem do jego jaskini. Ponoć to jakiś wielki Alfa. Bzdury. Jock o ile pamiętam to mały i głupi bachor który nie zna się na władzy. No ale muszę go powiadomić o tym że wbijam na tą jego sforę. Gdy byłem już przed jego jaskinią zobaczyłem tylko Suzzie.
 - Siema sis widziałaś Jocker'a?- zapytałem od razu.
- Eee... Sis? Znamy się?- odwróciła się w moją stronę.
- No tak. Rakish. Mama przed śmiercią powiedziała żeby was znaleźć.- przewróciłem oczami.
- Nadal jakoś nie kumam.- przekrzywiła łeb Suzzie.
- Jezuu.. Jestem waszym kuzynek. Czaisz?
- Noo...- po dłuższych przemyśleniach chyba jej się przypomniało.- Ach tak! Wasza mama była z wami w ciąży. To ciocia Lendrei.
- Bo ja wiem. Nie znałem swojej matki. Dobra gdzie ten Jock?-zapytałem znudzony.
- Poszedł nad rzekę pyskaczu.- powiedziała i odwróciła się do mnie tyłem nie chcąc już rozmawiać.
I dobrze. Poszedłem szukać Jocker'a. Może on nie spoważniał tak jak tamta suka. Zobaczyłem go tam gdzie Suz wskazała. Siedział przed zamarzniętym potokiem i rysował coś łapą w śniegu. Podszedłem do niego i klepnąłem go łapą w plecy. Najwyraźniej się wystraszył bo podskoczył i gwałtownie skierował na mnie wzrok. Zaśmiałem się szyderczo.
- Ale z ciebie tchórz!- zacząłem się podle śmiać.
- Rakish?- podniósł się i popatrzył na mnie.
- No
- Jak ty tu trafiłeś?! Co ty tutaj robisz?- zapytał zdziwiony.
- No stoję a ty wyglądasz jak idiota.- przewróciłem oczami.
- Dzięki bracie. Po co do mnie przyszedłeś?- zapytał.
- No przyszedłem powiedzieć żee... Jestem.- zdziwiłem się tymi słowami bo nie miało to tak brzmieć.- Dobra nara.
- Cześć.- machnął łapą Jocker.
Po drodze musiałem się oczywiście natknąć na jakąś niezdarę.
- Uważaj jak chodzisz typie.- warknąłem oschle.

Ktoś?

Od Melisy- CD opowiadania Jocker'a

Heh, dzięki- podziękowałam ze śmiechem
-Nie ma za co- oznajmił- Ja muszę już lecieć do..- zaczął, lecz przerwałam mu
-Do papierkowej roboty? Haha- zaśmiałam się, ten również i poszedł, ja też. Pożegnałam się z poznanymi wcześniej psami i ruszyłam w poszukiwaniu nowych przygód. Nie wiedząc gdzie nawet jestem, chodziłam z głową w chmurach patrząc na swe łapy. Niestety, moja wędrówka po sforze dobiegła końca, musiałam oczywiście na kogoś wpaść.
-Jejku przepraszam, straszna niezdara ze mnie- powiedziałam
-Nic się nie stało, spokojnie- powiedział z uśmiechem- Collin jestem, a ty?
-Melisa, ale wolę Mel- orzekłam
-Mel tak? Ładnie, nowa jesteś Mel?- spytał arogancko
-Yy tak, wiesz co, może ja już będę lecieć...- powiedziałam
-Dobrze, do zobaczenia, Mel- powiedział z uśmiechem. Szybko poszłam z tamtego miejsca. Totalnie zdenerwował mnie wtedy ten gość, co on sobie pomyślał...
Colin?

Nowy pies- Rakish!

Imię : Rakish

Ksywka : Rakis, Kish, Rish
Głos : DNCE
Rasa : Nie, to nie jest Husky. Rasa trudna ale to Lapinporokoira.
Wiek : Stary nie jest. 5,5 lat.
Płeć : Obojniak wiesz? Nie no pies
Stanowisko : Szukający
Rodzina : Nic go nie obchodzi. Ma tylko kuzynów w sforze- Jocker'a i Suzzie.
Partner : Tsaa.. Powodzenia suczkom z takim osobnikiem.
Charakter : Rakish to niebywale hamski i przebiegły pies. Potrafi kogoś wkurzyć bez potrzeby. Byle było śmiesznie i fajnie. Robi sobie bekę z obowiązków i zadań które są mu powierzane. Strzela sucharami jak z armaty! Lubi drażnić szczeniaki i młodszych od niego. Kiedy gdzieś idzie i ktoś stoi mu na drodze odpycha go jakby go tam nie było. Jednym słowem nie szanuje innych sforzan i rodziny. Jest w jakimś tam stopniu samotnikiem co spowodowało to że jest dla wszystkich chamski. Niewielu psom udaje się do niego dojść i znaleźć z nim wspólny język. Z takim przebiegłym psem to nic dziwnego. Dobrze się czuje w swoim charakterze i nie myśli o tym czy by się zmienić na takiego słodkiego i miękkiego pieska. Lubi być wredny, silny i przebiegły. Poza tymi cechami charakteru ma też dobrze rozbudowane cechy fizyczne. Jest bardzo silny, szybko biega. Nie ma tu co więcej o nim gadać. Przejdźmy do jego historii.
Historia : Raki urodził się w... rzeźni. Dziwne ale prawdziwe. Urodził się niewiele przed tym jak jego matka zginęła. Było to tak. Matka Rakish'a trafiła do rzeźni jako namiar na skórę dla jakiejś baby. Położyli ją na stole gdzie mieli ją zabić. Przed tym jednak suka zdążyła urodzić szczeniaki. Rzeźnicy stwierdzili że do niczego się im nie przydadzą więc wyrzucili je na śnieg. Wszystkie były ślepe i malutkie niczym chomiki. Śnieg sięgał ludziom do kostek a szczeniaki były tak małe że całe zanurzały się w śniegu. Zaczęły głośno piszczeć i wyć. Rzeźnia była na totalnym odludziu więc nie było żadnych szans że ktoś uratuje noworodki. Z sześciu szczeniaków pozostał sam Rish. Był najsilniejszy psychicznie i udało mi się przeżyć. Niedługo po tym usłyszał tylko wrzask swojej mamy w którą pewnie wbili nóż... Szczeniak mimo ślepoty powiększył dziurę do której wpadł aby było mu cieplej. Było tak właściwie tak jak w igloo więc zapewnił sobie ciepło na noc. Z rana udało mu się otworzyć oczy. Był dzielny i wykopał się z rowu. Postanowił opuścić to miejsce bo jeszcze jego zechcą obedrzeć ze skóry. Zaczął wędrówkę. Przez te wszystkie lata jego samotności zrobił się chamski, bez uczuciowy ale po części też zabawny. Po trzech latach dotarł do sfory w której odnalazł swoich kuzynów Suzzie i Jocker'a. Postanowił zostać w sforze.
Upomnienia : 0/4
Kontakt : natik880 / natigrati@gmail.com

Louche i Lonlay odchodzi!

Louche powiedziała że to nie sfora dla niej. Chce poszukać swojej królewskiej rodziny z którą było jej dobrze. Za to Lonlay nie widzi świata bez Levara który zginął. Postanowiła do niego dołączyć.




Imię: Louche [czyt. Loucz]
Ksywka: Lou, Luche
Głos: Adelle
Rasa:  Owczarek Australijski/ Border Collie

Wiek: 5 lata
Płeć: Suczka
Stanowisko: Lekarz
Rodzina: Żyje ale co ją obchodzą jakieś babcie, prababcie.
Partner: Jest takich paru ale jeszcze poczeka na odpowiedniego.
Charakter: Lou jest suczką zazwyczaj pogodną ale ma się ten charakterek. To że jest księżniczką też nie za dobrze wpływa na to wszystko. Potrafi ostro kogoś przygnieść do ziemi i postawić na swoim. Gdy trzeba nawet rozpocznie bójkę. W swojej rodzinie nie była doceniana i traktowali ją jak małą księżniczkę, której nic nie może się stać. Luche nie potrafiła się tak zachowywać więc gdy nikt z rodziny nie patrzył to brała udział w ulicznych walkach psów. Dlatego teraz ma taki charakter i potrafi komuś mocno przywalić. Na co dzień tego nie okazuje bo nie chce zrobić na sobie złego wrażenia. Ale gdy nikt jej nie prowokuje zachowuje się jak śliczna księżniczka. Pięknie się uśmiecha i lekko stąpa po gładkiej ziemi. Czasami lubi się przechwalić swoją gładką i lśniącą sierścią. Można przyznać że uroda jej dopisuje. Bardzo lubi patrzeć w swoje małe lusterko oprawione w różową oprawkę. Nie lubi w sobie tylko jednego. Tego brązowego oczka. Zawsze pyta się samej siebie dlaczego ta jedna tęczówka musi być inna od drugiej. Zawsze się tego wstydziła a inni mówili że dzięki temu jest wyjątkowa. ,,Bzdura'' zawsze na to rzucała. Louche lubi mieć dużo przyjaciółek  z którymi może szczerze porozmawiać.
Historia: Louche była za bardzo rozpieszczana będąc szczeniakiem. Urodziła się w królewskiej rodzinie w Anglii. Jej mama była psem królowej, króla oraz małej księżniczki. Lou urodziła się wraz z dwójką jej rodzeństwa. Nie wiadomo z jakich przyczyn stała się ulubioną sunią małej Angeliki- księżniczki. Angelika spędzała najwięcej czasu pielęgnując Lou i opiekując się nią. Pokochały się nawzajem i były jak przyjaciółki. Kiedy była jeszcze mała i bawiła się na królewskim dworze z Angeliką, pobiegła z piłką daleko za bramę. Niestety tak daleko że miała problemy ze znalezieniem zamku. Nie była w domu przez pare tygodni. Król ogłosił że za znalezienie szczeniaka czeka go wielka nagroda. Pewien młodzieniec jak się o tym dowiedział od razu ruszył w poszukiwaniu Louche. Odnalazł ją ale mała tak się bała i nie wiedziała o co chodzi że uciekła jeszcze dalej. Trafiła na tereny które były opanowane przez psy. Zamieszkała tam i Jocker przyjął ją z uśmiechem i zaszczytem. Powiedzieli że mają zaszczyt trzymać w sforze księżniczkę. Została tu bo wie że kiedyś na pewno odnajdzie małą Angelikę.
Upomnienia: 0/4
Kontakt: natik880/ natigrati@gmail.com
Inne Zdjęcia: KLIK KLIK KLIK





Imię: Lonlay
Ksywka : Lo, Lay
Głos : Jasmine Thompson
Rasa : Mieszaniec Husky i Wilczura
Wiek: 5 lat
Płeć : Suczka
Stanowisko :  Piosenkarka
Rodzina :
Mama: Bligrht †
Tata: Cheroon †
Rodzeństwo: Codie, Michelle, Thomson, Video
Partner: : Levar odszedł
Charakter : Lon mimo tego że nie wie za dużo o świecie twierdzi inaczej. Mówi że wie wszystko najlepiej. A jak ktoś zaczyna z nią dyskutować wymyśla coraz większe bzdury. Nie wiadomo czemu lubi chodzić po drzewach. Udaje że jest wiewiórką i że mieszka na drzewie. Jak już gdzieś ją szukać to tylko gdzieś wysoooko. A propo jej wiedzy o świecie xd. Jeszcze nie odkryła wszystkiego co ma w zasięgu łapy. Mówi tylko to co wpadnie jej do głowy a prawdy jest w tym tyle że lepiej jej nie słuchać. Właśnie. Lepiej jej nie słuchać bo wmawia wszystkim bzdury. Ale o jednych stworzeniach na świecie wie najwięcej. Są to oczywiście ptaki. Uwielbia je i jeśli o nie chodzi to wie o nich tak na prawdę wszystko. Niech ktoś spróbuje jej zaprzeczyć jeśli chodzi o te pierzaste stworzenia. Ma lekkie zawahania umysłowe i często nie panuje nad swoim zachowaniem. Ciężko jest się z nią porozumieć. Nie potrafi być w towarzystwie. Jak komuś się uda na chwilkę ją zatrzymać to ma u niego wielki podziw. W tej osobie musi ją coś zaintrygować. W innym razie raczej nie pociągnie długo rozmowy. Ale jeśli chodzi o dorosłych może z nimi gadać godzinami. Do tego nie mam zaprzeczeń.
Historia : No jak chyba każdy szczeniak urodziła się w tej sforze. Ale marzy o wyrwaniu się stąd i poznawać świat. Większość swojego życia spędzi pewnie na drzewach razem z ptakami xd.
Upomnienia : 0/4
Kontakt : natik880/ natigrati@gmail.com
Inne zdjęcia: KLIK

Od Jocker'a- CD opowiadania Melisy

Popatrzyłem na Zejdera.
- Tak. Zejdera już znam. Jest u nas w sforze od dłuższego czasu. Za to ty. Jesteś nowa?- zapytałem.
- Tak. Dokładnie.- skinęła suczka.
- Dobrze.- spojrzałem szybko na Zejdera.- Zejder oprowadzisz siostrę po sforze czy ja mam to zrobić?
Zejder popatrzył kłopotliwie na mnie jakby miał już dzisiaj dosyć Melisy.
- No dobrze ja się nią zajmę.- puściłem oczko do Zejdera zobaczywszy to zwiał jak najdalej.
Zaśmiałem się i pokazałem łapą przed siebie. Zaczęliśmy zwiedzać sforę. Tłumaczyłem suczce co gdzie jest. Gdzie jest szpital i klinika wrazie jakiegoś wypadku lub choroby. Gdzie mieszka Honey wrazie jakiegoś załamania psychicznego. Byliśmy we wszystkich miejscach w sforze. Jednakże ominąłem jedno miejsce. Melisa to chyba zauważyła i zatrzymała się. Odwróciła łeb w stronę ścieżki którą nie szliśmy.
- Co tam jest?- zapytała.
- Emm... Tam możesz pójść ze swoim bratem. Ja już muszę się zająć sprawami papierkowymi i tak dalej.
- Papierkowymi?- zaśmiała się.- Zachowujesz się jak szef biura a nie alfa.
Trochę się zakłopotałem tymi słowami. Spojrzałem w niebo i zaraz rzuciłem.
- Dobra cześć.- pomachałem suczce na pożegnanie.
- Do zobaczenia!- odwzajemniła machanie.
Wróciłem do mojej jaskini aby trochę odpocząć. Myślałem nadal o moim tacie który został zabity przez upiora. Szkoda że ten potwór już nie żyje. Zatłukł bym go własnymi łapami i zębami. Na te myśli spłynęła mi jedna łza po policzku i kapnęła z pluskiem na ziemię. Otarłem jeszcze wilgotny policzek i oko i postanowiłem wziąć się w garść. Wyszedłem z jaskini i zobaczyłem Melisę rozmawiającą ze sporą grupką psów. Podszedłem do nich i zapytałem.
- No, widzę że już się zapoznałaś ze sforzanami.- uśmiechnąłem się do Melisy.
- Owszem.- spojrzała na mnie.- Wszyscy są bardzo mili i przyjacielscy.
- Wiem, bo to najlepsi sforzanie do których ty już należysz.- oznajmiłem.- Dobrze już nie przeszkadzam.

Mela? xd ^u^

Zejder powraca do żywych!

Zejder za pomocą eliskiru wskrzeszenia powraca żywy do sfory!


Imię: Zejder
Ksywka : Zejdi
Głos : Tom Odell
Rasa : Duck retriever
Wiek : 2
Płeć : Pies
Urodziny : 4 dzień zimy
Stanowisko : Wojownicy południowi
Rodzina : Zaginęli
Partner : Zauroczony w Shirze
Charakter : Zejder jest bardzo wrażliwym psem. Z reguły pomocny, czuły, lubi zabawę, rozsądny, dobry przywódca, tajemniczy, ostrożny
Historia : Zejder urodził się w południowej części Szkocji. Trafił do szczęśliwej rodziny, każdy pies mógłby mu zazdrościć kochających jego ludzi.Kiedy pewnego zimowego dnia jechali dużym samochodem, koła ślizgnęły, a rodzina doznała wypadku samochodowego. Zejder obudził się samotny w lesie, był cały przestraszony. Zdecydowany wyruszył szukać pomocy. Przeżył wiele. Pewnego dnia natrafił na sforę, jego życie nabrało kolorowych barw. Niestety do dziś nie odnalazł swojej kochającej rodziny.
Upomnienia : 0/4
Kontakt : fankayorka@gmail.com

Od Codie'go- CD opowiadania Mey

Pocałowałem suczkę z uśmiechem. Wszystkie szczenięta odwróciły się i zasłoniły łapami oczy ciągnąc słowo ,, Bleeeee!''. Przestałem całować Mey i razem się zaśmialiśmy. Zaczęło się ściemniać. Posadziłem wszystkie szczeniaki na moich plecach i zaproponowałem wieczorny spacer. Maluchom spodobał się pomysł zresztą tak jak Mey. Wybraliśmy się nad Śnieżną Polanę. Śnieg był tam nienaruszony i wyglądał jak jedna wielka chmurka przykrywająca trawę. Nie była tą chmurką na długo bo jak Lilianna, Renee i Ciel stwierdzili że jak ktoś wcześniej nie tykał śniegu to oni muszą to zrobić. Wbiegli w górę śniegu. Ja z Mey usiedliśmy pod drzewem. Śnieg sięgał tak wysoko że nie było w nim widać szalejących szczeniaków. Można było zobaczyć gdzie są tylko przez ich tymczasowe podskoki ponad śnieg. Od czasu do czasu razem z Mey śmieliśmy się z wyczynów naszych dzieciaków. Niedługo po zabawie śnieg był już prawie całkowicie udeptany. Wtedy też zrobiło się już ciemno więc postanowiliśmy wrócić do domu. Lilianna i Renee zasnęły na moich plecach po drodze do domu a dzielny Ciel siedział na przodzie wyprostowany i szeroko otwartymi oczami.
- Twardziej z ciebie synek.- zaśmiałem się.
- Dzięki tato!- uśmiechnął się do mnie Ciel.
Gdy byliśmy już w jaskini Mey delikatnie przełożyła dziewczynki z moich pleców na ich posłania. Ciel zeskoczył sam i ułożył się pomiędzy siostrami. Gdy dzieci już spały mieliśmy z Mey chwilę dla siebie. Położyliśmy się w naszym łóżku i zaczęliśmy rozmawiać.

Mey?

środa, 3 lutego 2016

Od Thomson'a– CD opowiadania Meredith

Tom uśmiechnął się i spojrzał na Mere.
–Może przejdziemy się coś upolować?– zaproponował Husky, a Meredith pokiwała głową. –Twoje rzeczy weźmiemy później– mruknął. Trzeba było jeszcze posprzątać rzeczy po Viedo i Lonlay. Michelle też miała udostępnić im miejsca, chociaż ona nigdy nie zajmowała go dużo.
–Na co polujemy?– Mere zabrała głos, kierując łeb w stronę Thomsona.
–Dzisiaj mam ochotę na coś dużego [Yaoi mod aktivejtyd ( ͡°( ͡° ͜ʖ ͡°) ͜ʖ( ͡° ͜ʖ ͡°) ͡°)]– Tom uśmiechnął się szeroko. –Wolisz łosia, czy jelenia?– wymienił spojrzenie z Meredith.
–Jeleń– odparła krótko. Pies pokiwał łbem i rozejrzał się wokół. Wszędzie był jeszcze śnieg, więc zwierzyny trzeba szukać w lesie, czyli tam gdzie się obecnie chowa.
★ ★ ★
–Chyba nic tu po nas– mruknął pies, machając na boki łbem. –Musimy się zadowolić czymś innym– westchnął. Niespotkali rzadnego jelenia, chodź w tych lasach było ich dużo. Może przeniosły się.
–Może ryby?– zapytała Mere, zerkając w stronę Toma. Pies skinął łbem.
–Wątpie, by jezioro Askunmay było jeszcze zamarznięte– Tom ruszył szybkim krokiem w stronę jeziora.

Meredith?

Od Honey - CD opowiadania Gracy

Zacisnęłam powieki, powstrzymując łzy. Chociaż Skyres nie była moją prawdziwą matką, to chyba przeżywałam jej śmierć bardziej niż Gracy. Byłam z "mamą" dłużej, o wiele. Pamiętam każde wspomnienie z nią, "tatą", pierwszym miotem rodzeństwa. Gdy urodził się drugi, miałam już własne problemy więc tak się z nim nie zżyłam.
Tak naprawdę, byłam mistrzem udawania. Ukrywania uczuć. Tyle razy musiałam już to robić. Afera z Theo, później Roney mnie zostawił, śmierć White'a, odejście Rio, Viv i Walter'a, moja śmierć, powrót do życia, śmierć mamy, odejście taty i Aurory, Syriusza, Madeline, Ross'a, Alexa, Rachel, dodatkowo śmierć tak wielu osób podczas wojny... Jeszcze kilka rzeczy było. Nawet się do tego przyzwyczaiłam. Ale to nie czas na rozpamiętywanie. Chwyciłam mocno Gracy i zaciągnęłam do swojego gabinetu. Usadziłam ją na krześle. Moja "siostra" głośno szlochała, łzy spływały po jej policzkach.
- Co czujesz? - zapytałam po prostu.
- Co... Czuję? A jak myślisz?! Smutek, przerażenie, złość, nienawiść i wiele innych!
- Skupmy się na nienawiści. Kogo tak nienawidzisz?
- Cały świat! - wydyszała.
- A konkretniej? - spojrzałam na nią. Ona nagle się poderwała.
- Jak oni mogli nazywać się naszą rodziną?! Wszyscy albo poodchodzili albo się pozabijali!!! NIENAWIDZĘ ICH!
- Uspokój się - poradziłam. - Pomogę ci.
Brak reakcji.
- Słyszysz? Jesteś moją siostrą, pomogę ci. Spójrz na mnie.


Gracy? Jeszcze się rozkręcę, teraz musiałam pisać na fonie :/

Od Niklausa - CD opowiadania Michelle

Uśmiechnąłem się szeroko, mimochodem przypominając sobie fragmenty tej szalonej nocy...
- Mich, czy ty pamiętasz co się działo w nocy? - zapytałem ostrożnie.
Jej tęczówki rozszerzyły się.
- Chyba nie myślisz, że... - spojrzała z obawą na swój brzuch.
- Okaże się w sforze.
Dalszą część drogi pokonaliśmy w milczeniu, każde pogrążone we własnych myślach. Godzinę później miasto skończyło się, ukazując nam piękne łąki, pola i wzgórza. Według moich zmysłów, za chwilę powinniśmy ujrzeć pierwsze tereny sfory. I owszem, już z daleka dojrzałem rzekę Jafiszof. Parę minut później byliśmy już w Centrum Sfory.
- Niklaus! Michelle! - usłyszeliśmy krzyk Thomson'a. - Nie było was tyle czasu! Ominęła was wojna!
- Wojna? - przestraszyłem się.
- Dużo osób poległo... Mashine też...
- Dziadek? - szepnąłem. Odpowiedzią było kiwnięcie głową. Nawet nie zauważyłem, gdy sam znalazłem się z powrotem nad rzeką. Zastanawiałem się kto jeszcze poległ. Zupełnie zapomniałem że Michelle miała udać się do lekarza na badanie...
***
- I co?
- Jestem... Jestem... - zaczęła Mich.
- Wyduś to!

Michelle?

wtorek, 2 lutego 2016

Od Gracy– CD opowiadania Bitter Sweet'a

Grey postowiła się jeszcze przejść przed snem. Mimo że było już dosyć późno, śnieg odbijał światło księżyca, więc nie było tak ciemno. Suka nie miała ustalonego celu spaceru, chciała się po prostu przejść, dotlenić. Doszła tak na Lawendowe Pola. Wysztkie krzaki lawendy pokryte były śniegiem, lecz kwiaty nadal kusiły swoją wonią. Gracy położyła się na jednym z krzaków, wdychając piękny zapach.
–A witam– usłyszała nagle wesoły głos, który wybił ją ze spokojnego rytmu. Podniosła szybko łeb i ujrzała sylwetknę Husky'ego.
–Witaj– burknęła, lecz zaraz zrobiła jej się żal, że coś takiego zrobiła. –Witaj Stanley'u– poprawiła się o wiele milszym tonem i zdała się na lekki uśmiech.
–Coś się stało?– usiadł na puchu, przyglądając się Grey, która wzdrygnęła lekko ramionami.
–Ty dobrze wiesz co– mruknęła, na chwilę kierując wzrok na Stan'a. –I nie karz mi tego mówić– westchnęła cicho, na co pies kiwnął łbem. –Nie sądzisz, że jest trochę zimno?– zapytała, próbując zmienić temat na bardziej komfortowy dla niej.
–Trochę– zaśmiał się pies. –Co się dziwić. Jest zima– mruknął, nadal z szerokim uśmiechem.
–Ja się nie dziwię– Grey wymusiła uśmiech. –Ale chce już wiosnę. Mam szczerze dosyć śniegu– powiedziała, po czym wstała.
–Trzeba wracać– mruknął, jakby wyczytał z ruchów suki, co chce zrobić. Ta pokiwał łbem, po czym pożegnawszy się ze Stanley'em powróciła do domu. Nie zwarzając już na nic, co było w jej domu, wskoczyła na półkę skalną i wtuliła się w koc. Chciała jak najszybciej zasnąć i zacząć kolejny dzień, jednak jej próby zaśnięcia kończyły się klęską. Skończyło się na tym, że zaczęła się wiercić na prawo i lewo, przez co wkońcu spadła z półki. Opornie wstała i popatrzyła w las, który wydawał jej się mroczniejszy niż zwykle. Najchętniej poszłaby teraz do Honey lub Ares'a, jednak za chiny bała się przechodzić przez las. Mimo uśmiechnęła się do siebie i skierowała się niepewnym krokiem do jaskini Bitter Sweet'a.
Suka próbowała jak najciszej wjeść do jego jaskini, jednak oczywiście coś musiało jej przerwać.
–Taaak?– zapytał Sweet, szeroko otwierając pysk. –Coś się stało?– pomachał kilka razy powiekami.
–Nic, ale...– zatrzymała się, kierując wzrok na lewo. Nie wiedziała czym mogła zakończyć to zdanie. Po słowach suki zapadła cisza, która widocznie trwała trochę za długo, ponieważ Bitter zdążył powrócić do wcześniej przerwanego snu. Grey jak najciszej ułożyła się na ziemi, metr od psa.
–Pozwolisz, że się po...– urwała, ponieważ zrozumiała, że jej słowa odbijają się jedynie echem od ścian jaskini i w żaden sposób nie trafiają do Sweet'a. Westchnęła i położyła pysk na łapach, zamykając oczy.
*Sen*
–Gracy– mówi ucieszona Skyres i próbuje złapać córkę. Ta jednak cofa się, aż trafia na ścianę.
–Mamo– mówi słabo, po czym widzi podchodzącego ojca. –Tato– dodaje równie słabo. Patrzy błagalnie na ściane, później rodziców.
–Przyszłaś nas odwiedzić?– mówi Skyres, wyglądając na szczęśliwą. Zbyt szczęśliwą.
–Auć– wydaje z siebie głośny pisk, gdy ojciec łapie ją za łapę i przygwożdża do ściany.
–Już nigdy nas nie opuścisz– Indiana uśmiecha się równie szeroko jak jego partnerka.
–Przestań– Grey wydaje z siebie kolejny pisk –Boli– łapie się za przybitą przez ojca do ściany łapę. Ten jednak zaciska mocniej uścisk, wbijąjąc pazury.
–Przestań!– Gracy patrzy prosząco na matkę, która jednak śmieje się z tego serdecznie. –Nie!– woła znów ze łzami w oczach, próbując wzbudzić współczucie matki. Ta jednak nie przestaje sję śmiać, a po pysku Gracy zaczynajął płynąć łzy.
–Już niegdzie nie uciekniesz– Indiana mocniej zaciska łapę, przez co wbijające się pazury robią rany, z cieknącą krwią. –Nigdzie...
* *
Suka obudziła się, ciężko dysząc. Poczuła na nosie miękką, jednak nie swoją sierść. Powoli otworzyła zapłakane oczy i ujrzała łapę Sweet'a. Grey trzymała ją mocno jeszcze przez chwilę, aż w końcu czując na sobie wzrok Bitter'a, puściła ją.
–Przepraszam– rzuciła dosyć niewyraźnie, przecierając oczy.

Sweet?

Od Mey– CD opowiadania Codie'go

Suka uśmiechnęła się lekko i popatrzyła na wybiegającego Codie'go. Wiedziała, że szczeniaki nie mogą uciec daleko, więc spokojnie wyszła na zewnątrz. Cod chodził od krzaka do krzaka, szukając poukrywanych szczeniąt. W końcu spojrzał na Mey proszącym wzrokiem.
–Pomożesz?– zapytał lekko zdenerwowany. Suka cicho się zaśmiała.
–Ale to chyba jest zabronione w tej grze– posłała mu szeroki uśmiech, widząc jak Renee macha na wszystkie strony łapami, by nie zostać wydanym przez Mey. –Przyjdźcie, jak skończycie się bawić– powiedziała i odwróciła się.
–Mey– jękną Die i popatrzył w jej stronę.
–Oj tatuśku– zaśmiała się –Poradzisz sobie– mruknęła po czym wróciła do jaskini. Siadła na kamieniu i spojrzała na bałagan panujący w domu. Wszędzie były jakieś papiery, które trzeba było posprzątać. Mey powoli podniosła się, po czym podeszła do owych papierów. Zerknęła na nie zaciekawiona, jednak nie było na nich sensacyjych informacji. Z każdej strony były białe, czasami od kurzu podchodziły pod szary. Mey złożyła to na kupkę i ustawiła w widocznyn miejscu. Chciała dodać karteczkę z napisem „Do usunięcia”, jednak zostawiła to w świętym spokoju. W tym samym momencie wbiegła uradowana Lilianna.
–Mamo!– zawołała, podbiegając do Mey i podskakując. Suka spojrzała na nią i uśmiechnęła się.
–Tak, kochanie?– zapytała, siadając obok córki.
–Wiesz jak świetnie było się bawić z tatą!– znów zawołała. Mey przeniosła wzrok na Codie'go, który zajmował się Renee i Ciel'em i podeszła do niego.
–Świetnie sobie poradziłeś, tatuśku– zaśmiała się, lekko przytulając psa.

Codie?